Ustawa spod lady

Jasny gwint, właśnie dowiedziałem się, że od lat aktywnie działam na rzecz osobistego zejścia z ziemskiej ewidencji! I kto mnie o tym poinformował? W życiu nie zgadniecie: stara, poczciwa „Solidarność”. Sprawa jest poważna. Regularnie popełniane przeze mnie przestępstwo wymierzone we własne ciało może m.in. skutkować „…ponad 30-krotnym zwiększeniem ryzyka wystąpienia choroby psychicznej”. Co więcej, „…koreluje też z podwyższonym ciśnieniem tętniczym oraz ogólnie większą liczbą problemów zdrowotnych”. Jak z tego wynika, jestem notorycznym samobójcą. Właściwie tydzień w tydzień dopuszczam się grzechu, nomen omen, śmiertelnego – pracuję w niedzielę!

Gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział, powyższą diagnozę zawarto w projekcie ustawy złożonej w Sejmie przez następców elektryzującego Lecha. Także zresztą, wzorem wąsatego noblisty, wywołującej spore napięcia. Jeśli bowiem, a wiele na to wskazuje, parlament ją klepnie, większość sklepów dostanie zakaz niedzielnego handlowania. Wśród nich, tu niespodzianka, również te internetowe. Najwyraźniej związkowcy chcą zrobić remanent w sieci. Cóż, pomysł to mający dość luźny związek z rzeczywistością… Na szczęście (o ile dana placówka nie przegnie z powierzchnią) wciąż da się kupić w niedzielę papieroski, kupon na milionera, leki nie tylko z Bożej apteki, czy kwiatki dla dąsającej się po sobotnich wyskokach męża żony. Po sprawunki można też będzie skoczyć na stację benzynową i co najważniejsze, do sklepu z dewocjonaliami. A jeśli jakiś szef zakaz oleje i nakaże pracownikowi stanięcie za ladą? Jak to co? Pudło! Autorzy projektu proponują następujące sankcje: od grzywny i ograniczenia wolności, aż do jej pozbawienia nawet na dwa lata. Nic dziwnego, że kupcy już teraz humory mają w kratkę.

W Niemczech i Austrii niedzielny szlaban na handel obowiązuje od lat. Tam miłujący ordnung volk go kupił. Ale na Węgrzech zakaz zniesiono po zaledwie roku obowiązywania. To, co miało chronić drobnych kupców, walnęło ich na kasie. O ile zwykle znikało tam z rynku około 500 małych sklepów, w feralnym roku zwinęło ich się 4 tys. Historyjka jak ulał pasująca do powiedzenia o dobrych chęciach i nawierzchni drogowej w krainie Belzebuba. Okej, pal sześć zdrowotne i ekonomiczne argumenty związkowców. Ale gdzie w ich pomyśle zgubiła się logika? Czy kelnerka, kioskarz, bileterka lub… dziennikarz są gorsi od sprzedawców? A może oni też z całego serca pragnęliby nie wchodzić w konflikt z trzecim przykazaniem? To akurat wnioskodawcom lotto. Cel i tak został osiągnięty: „Solidarność” znów została aktorem w politycznej szopce i pokazała, że należy się z nią liczyć. W tych rachunkach poza nawias wypchnięto tylko większość Polaków, źle znoszących sytuacje, kiedy ktoś próbuje uszczęśliwiać ich na siłę. A już zwłaszcza niedzielni politycy.

Poprzedni artykułMotyl i balony
Następny artykułSzczęśliwy Remis z beniaminkiem
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 53-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od dwóch dekad dzielnie trwa na legionowskim posterunku.