Nie udało się w grudniu, wyszło w kwietniu. Wreszcie dzieciaki miały to, co lubią: śnieżne święta. Miłościwie nam padająca aura, niczym lękliwy bandzior na przesłuchaniu, zmiękła i co nieco sypnęła. Czym, swoją drogą, nie tylko zaskoczyła drogowców, ale i zrobiła w jajo masę świętojedliwych rodaków, którzy liczyli, że wielkanocny full wypas zaliczą w atmosferze kipiącej wiosną. Nic z tego. Na ładną pogodę przyjdzie nam tradycyjnie poczekać do Gwiazdki. Tak samo na prezenty. Ale już jesienią, cytując elektryzującego Lecha, my, people, sami wręczymy je przeszło pół tysiącu chłopców i dziewcząt z plakatu, szermującym na lewicy i prawicy ulotnymi hasłami z ulotek. Jak na ironię, robotę życia załatwimy tym szczęśliwcom, stawiając na nich krzyżyk.

 

Jeśli wierzyć plotkom, powtarzanym ostatnio w lokalnym maglu gazetowym, legionowianie mogą mieć wtedy wyjątkowo twardy orzech do skreślenia. Hersztom miasta oraz powiatu przypisywana jest bowiem chętka opuszczenia posad, z zamiarem kilkuletniego odpoczynku tudzież kontemplacji Wiejskich krajobrazów. Czy zdecyduje się na to pan Roman, czy pan Janek, czy może (choć byłoby to wyborcze dietobójstwo) obaj naraz – mieszkańcy znajdą się w sytuacji kochającego męża, którego małżonka, pragnąc udać się na większe zakupy, poprosiła o kartę kredytową. Chłop wie, że jeśli wręczy babie plastik, czeka go debet i na długo straci ją z oczu. Z drugiej strony, głupio nie dać, skoro dotychczas z przysięgi wywiązywała się bez zarzutu. A jakąś decyzję podjąć trzeba. Wariant pośredni, czyli prewencyjne stłuczenie ambicji kandydatów na kwaśne jajko, raczej odpada. Po pierwsze, żaden się z nimi głośno nie obnosi, a gdyby nawet, odwieść ich od tego, co zaczęli, będzie trudno. Wszak wiele razy dowiedli już swej męskości, dając społeczeństwu popatrzeć jak coś kończą. I tak oto podwarszawscy farmerzy staną być może przed perspektywą zarżnięcia kur, które od ponad dekady znoszą im złote jaja. Bez jaj, mimo nabiałowych konotacji, czarno to widzę.

Tak czy owak, czas owo jajeczkowanie podsumować, płodząc jakąś zgrabną konkluzyjkę. Bo wygląda na to, że prawdziwego zwycięzcę lokalnej batalii o parlamentarne posłanie – pod warunkiem startu któregoś z wodzów – wskazać będzie trudno. Nie chodzi o PKW – nawet ona w końcu te karteczki podliczy. Istnieje po prostu opcja, że na pana prezydenta lub starostę zagłosują jeno ich antagoniści, co to marzą o wymówieniu im służby i wysłaniu tam, gdzie jajka zimują. Wtedy zaś, ponieważ owa frakcja należy do mniejszości, chłopaki umoczą. Tylko czy aby na pewno, mocno „poparci inaczej”, będą ugotowani? Nie sądzę. Poza tym, oni wiedzą, jak to w polityce jest: jajko może sobie być albo i nie być mądrzejsze od kury, ale musi mieć jedno – twardą skorupkę. 

Poprzedni artykułZ zastępcy na zastępcę
Następny artykułAutomaty na celowniku
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 53-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od dwóch dekad dzielnie trwa na legionowskim posterunku.