Legionowian chwycił „Skurcz”

0
675

Po ponad dwóch latach omijania Legionowa trzej charyzmatyczni kabareciarze z Ani Mru Mru znów wpadli do miejskiego ratusza. Tym razem przywieźli całkiem jeszcze świeży program, zatytułowany „Skurcz”. Komitet powitalny w postaci ich wiernych fanów jak zwykle zjawił się w komplecie.

Genezę owej zagadkowej nazwy pomysłodawcy tłumaczyli dość pokrętnie. – Program, który zagramy, na początku, zanim jeszcze powstał, był oparty na różnego rodzaju obietnicach. Nie wszystkie udało się spełnić, ale ludzie przychodzą, więc mamy nadzieję, że podołamy, że damy radę i że to będzie dobry program – mówi Marcin Wójcik. – Tym bardziej, że sponsorem naszej ostatniej trasy jest proszek do prania, ale taki prawdziwy, a nie podrabiany. Chcemy ludziom pokazać, żeby jednak nie kupować tych podrabianych, bo wtedy się kurczą ciuchy – równie serio dodaje jego „brat”, Michał Wójcik. Już podczas niedzielnego występu więcej „farby” na temat tytułowego skurczu puścił dawny techniczny grupy – Waldemar Wilkołek. W aktualnym programie robiący między innymi za konferansjera. Tak więc – jak wyjawił – „Skurcz”, bo po prostu… dobrze chwyta.

Nazwa nazwą, ale w dzisiejszych czasach najsłabiej trzyma się programu etykietka z napisem „nowy”. Ten zagrany w Legionowie swoją pierwszą odsłonę miał w marcu ubiegłego roku. A przynajmniej tak sądzili jego autorzy. Do czasu premiery. – Byliśmy strasznie spięci, bo wszystkie skecze mieliśmy nowe i graliśmy je po raz pierwszy. Zagraliśmy je, byliśmy bardzo zadowoleni, ale potem w internecie jakiś facet napisał, że był na tym występie i wszystkie skecze były stare – śmieje się Marcin Wójcik. – Piractwo internetowe osiągnęło apogeum. W internecie można znaleźć rzeczy, których myśmy nigdy w życiu nie pokazali – zauważa Waldemar Wilkołek. Pod udawaną życzliwością obrazkowe media kryją dla satyryków jedną groźną pułapkę. – Obecnie w Polsce sytuacja typu nowy program to jest w ogóle abstrakcyjne pojęcie, bo w momencie, kiedy my taki program stworzymy i raz go zagramy albo pokażemy w telewizji, ludzie traktują go jako stary program. Bo oni już go widzieli. Więc nowe programy powinniśmy wymyślać właściwie codziennie. Ale prawda jest taka, że podczas występów na żywo wciąż bardzo dużo elementów się w programie zmienia, on cały czas się tworzy – przynajmniej jeśli chodzi o nasz kabaret. Często improwizujemy i zmieniamy różne rzeczy – zdradza współprowadzący „Kabaretowego Klubu Dwójki”.

Mimo że do Legionowa lubelscy rozśmieszacze wpadli prosto z występu w stolicy, zmęczenie zostawili w garderobie. Ruszyli z kopyta, wysyłając kompletowi widzów jasny przekaz: tego wieczoru będzie wam do śmiechu. I swą niewypowiedzianą obietnicę przez blisko dwie godziny spełniali. W trakcie niedzielnego show artyści wyjaśnili między innymi, czym stand up różni się od monologu, a w antraktach pomiędzy skeczami ujawnili swą sprawność fizyczną i fascynację wschodnimi sztukami walki. A ponieważ na kabaretowej scenie bywa czasem gorąco, kilka razy w Legionowie się „ugotowali”. W finale Marcin Wójcik poleciał zaś Frankiem Sinatrą i wykonał autorską wersję słynnej piosenki „My way”. Tego wieczoru akurat nie ostatniej…

Satyrycy jak zwykle stronili tylko od jednego – politykowania. – Nie czepiamy się polityki, bo polityka nieustannie czepia się nas. Żeby nie nadstawiać drugiego policzka, trochę jej unikamy – mówi Marcin Wójcik. Tak całkiem od Wiejskiej i okolic uciec kabaretowej branży jednak trudno. – Dla satyryków politycznych czasy są o tyle ciężkie, że generalnie Polska jest podzielona na pół. I jak się chce żartować, to trzeba mieć świadomość, że pół sali będzie się śmiało, a pół nie. I to są trudne momenty, ale nie w naszym programie – zapewnia popularny „Jabbar”. To prawda. Dla jego legionowskich odbiorców trudne było tylko jedno: opanowanie skurczów ze śmiechu.