Na prawdziwy harcerski obóz można pojechać daleko od domu, lecz da się go też zaliczyć całkiem blisko. Tak jak dobrze ponad setka legionowskich skautów z ZHP, którzy pełnowartościowe uroki życia pod namiotem poznają tuż za granicami swego miasta.

Gdy tylko nastają wakacje, członkowie ZHP kończą robić zbiórki, a zaczynają wyjeżdżać na biwaki i obozy. Lub jak kto woli, po prostu idą w las. Ci działający na terenie Legionowa oraz w jego okolicach nie stanowią pod tym względem wyjątku. – Przygotowania do obozu zaczęliśmy już we wrześniu ubiegłego roku. Podjęliśmy decyzję, że jedziemy na prywatną działkę w okolicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Planowaliśmy tam się wspinać, wędrować, zwiedzać zamki i tak dalej. No ale obecna sytuacja z koronawirusem sprawiła, że musieliśmy z tego zrezygnować – przyznaje przewodnik Tomasz Kitaj.

Powodem były zarówno kwestie finansowe, jak i późne stworzenie przepisów dotyczących organizowania obozów w reżimie sanitarnym. Druhny i druhowie z 21. Wielopoziomowej Drużyny Harcerskiej „Puszcza” nie dali jednak za wygraną i dopięli swego. – Koniec końców wylądowaliśmy w Michałowie-Reginowie, na działce należącej do instruktorów z naszego hufca: Małgosi Próchnickiej i Roberta Próchnickiego. Mamy tu wszystko, czego potrzebujemy. Jesteśmy tez ogrodzeni, więc nikt obcy, kogo nie chcielibyśmy tutaj gościć, nas nie odwiedzi. Mamy wodę, nie korzystamy z prądu, ale jeżeli byśmy się postarali, to możemy mieć nawet lód, bo posiadamy lodówki na gaz. Są także ślizgawki, a harcerze sami zbudowali basen. Nie oferujemy może takich atrakcji, jak na komercyjnych koloniach, ale u nas chodzi o klimat. Te dzieci przez cały rok działają w zastępach, znają się nie od dzisiaj i teraz po prostu przebywają w swoim środowisku. Myślę, że to dla nich ważne, żeby po długim czasie, kiedy siedziały w domach, móc nareszcie wyjść i przebywać między sobą – dodaje komendant Kitaj.

Do obozu w Michałowie-Reginowie skauci nie wpadli na gotowe. Zanim na początku lipca wciągnięto tam sztandar i zapłonęło pierwsze ognisko, musieli się solidnie natrudzić. W efekcie, oprócz niezbędnej infrastruktury, powstała nawet ścianka wspinaczkowa. – Przyjeżdżaliśmy tak naprawdę do lasu, nic tutaj nie było. Najpierw rozstawiliśmy namioty, później wycięliśmy rosnące tu suche, zagrażające bezpieczeństwu drzewa i zbudowaliśmy z nich łóżka, wszystkie urządzenia obozowe, tablice ogłoszeń, place apelowe, suszarnię, stojaki na wodę do mycia rąk. Zaletą harcerstwa jest to, że starsi druhowie, którzy już bywali na obozach, pomagają tym młodszym i dzięki temu wszyscy się uczą. Starsi uczą się cierpliwości i odpowiedniego podejścia do drugiego człowieka, a młodsi stają się bardziej zaradni i sprawniejsi manualnie.

Letni obóz to wymarzone środowisko do zdobywania harcerskich sprawności. I tych potwierdzonych odznaką, i tych wyłącznie dla siebie. Dlatego wszyscy razem chętnie się wspinają, śpiewają, strzelają z wiatrówki, ale też poznają tajniki gotowania, pierwszej pomocy i orientacji w terenie. Wielu uczestników uczy się, co to jest porządek i dyscyplina. Ponadto, dzięki pomocy Fundacji Orlen, harcerze z drużyny „Puszcza” odnowili pomnik upamiętniający pomordowanych w czasie wojny mieszkańców Nowopola. Trudno o lepsze przykłady na realizację misji ZHP, jaką jest wspieranie wychowania młodych ludzi i stwarzanie im warunków do wszechstronnego rozwoju. – Nie chodzi nam o to, żeby harcerze byli mistrzami survivalu, ale żeby za 10-20 lat, kiedy już przestaną chodzić na zbiórki, mieli gdzieś tam z tyłu głowy taką myśl, że mogą sobie poradzić w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji – mówi Tomasz Kitaj.

Póki co, wiedzą już na przykład, że mogą wytrzymać bez telefonów oraz innych współczesnych gadżetów. Co zresztą rodzice zuchów i harcerzy bardzo cenią, kontakt z pociechami mając tylko za pośrednictwem kadry, podczas poobiedniej ciszy. Przez całe wakacje przewinie ich się przez michałowski obóz co najmniej sto pięćdziesiąt. Z czego olbrzymia większość to namiotowi „recydywiści”. Bo kto choć raz zaznał uroków skautingu, tego po prostu zawsze będzie ciągnęło do lasu…

Poprzedni artykułO „Hydrozagadce” i nie tylko
Następny artykułBełkot ONI czym
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here