Wiara od kuchni

0
193

Na pierwszy rzut oka święta, weźmy te z poniedziałkowym olewaniem bliźniego swego, to powód do radości dla ludzi wiary. Swoją drogą, często tej powierzchownej, z przyzwyczajenia, rzadziej zaś wynikającej z natchnionych przemyśleń i tkwiącego w sercu przekonania o niebiańskiej przyszłości. Tak czy owak, kulinarna otoczka tej celebracji, chciałoby się rzec – skorupka, wręcz musi uginać się pod ciężarem chleba naszego powszedniego. Dlatego też, z komercyjnego punktu liczenia, narodowe jajeczkowanie to tak naprawdę handlowe żniwa, w trakcie których tłuszcza kosi ze sklepowych półek o wiele więcej jadła, niż jej rzeczywiście potrzeba. Przy czym w nabywczy amok klienci nie wpadają skuszeni atrakcyjną ceną. Ba, często nawet wręcz przeciwnie. Tutaj okazję czyni sama okazja – wszak kiedy jak kiedy, ale w TYM okresie rodacy wręcz muszą popuścić pasa. No i robią się jaja.

Pal sześć, gdybyśmy mieli metabolizm pytona czy krokodyla. Wtedy upolowane przy stole ofiary można by leniwie trawić przez kolejny miesiąc, przyjmując od natury jedynie tlen, a oddając jej w podzięce metanowe obłoczki. Niestety, na tym etapie ewolucji to u dwunożnych biesiadników wariant mało realny. Żre przeto, ciężko sapiąc, homo sapiens godzinami, modląc się w myślach już nawet nie o grzechów odpuszczenie, lecz o małe przeczyszczenie. Po którym, nota bene, równie mocno radują się i dusza, i odkupione w mękach trzewia. Te drugie z reguły bardziej. Powie ktoś: nic w tym rodzinnym spożywaniu pokarmów złego. Owszem, obżarstwo dalekie jest od chrześcijańskiego umiaru w jedzeniu i piciu, pozwala jednak nasz zabiegany świat na chwilę spowolnić, porozmawiać, nacieszyć się towarzystwem familii. Pełna zgoda. Gdyby tylko jej żeńska część, po kilku dniach w ogniu kuchennej walki, miała jeszcze siłę, aby czerpać radość z końcowego triumfu… Lecz z wielu pań ulatuje ona wraz z pierwszym przypaleniem, przesoleniem lub grymasem twarzy konsumenta. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego to zwykle z ust ukrzyżowanych domowych master szefów dobiega na finał tradycyjna klątwa: „Święta, święta, i po świętach!”. Nieśmiertelna jak ludzka dusza i głupota.

Poprzedni artykułPrzegrane marzenia
Następny artykułNowa „Miejscowa na Weekend”
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 51-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.