Z perspektywy wojewódzkiego przedstawiciela rządu do przestawienia szpitala w Nowym Dworze Mazowieckim na obsługę pacjentów z koronawirusem wystarczył jeden podpis. Tyle że ludzie zmagający się z jego konsekwencjami mieli i wciąż mają większy kłopot. W tej sytuacji na pomoc samorządowcom i pacjentom ruszyła grupa radnych mazowieckiego sejmiku. Ruszyła oczywiście na sygnale.

Trzydziestego października br. dyrekcja Nowodworskiego Centrum Medycznego otrzymała decyzję wojewody o przekształceniu go w tzw. szpital covidowy. W nowym reżimie sanitarnym miał on zacząć działać już od 2 listopada, zapewniając 160 łóżek dla pacjentów zakażonych koronawirusem, w tym sześć do intensywnej terapii. Czasu na tę rewolucję było więc, delikatnie mówiąc, jak na lekarstwo. – Przygotowania trwały dłużej, bo niestety nie udało się tak szybko przystosować szpitala. Wystartowaliśmy z około tygodniowym opóźnieniem. Musieliśmy stworzyć strefy czyste, brudne, śluzy, dodatkowe przejścia, drzwi. Musieliśmy również dokupić trochę sprzętu medycznego. Okazało się też, że nasza instalacja tlenowa jest niewydolna wobec takiej liczby pacjentów wymagających tlenoterapii. Wystąpiliśmy więc do wojewody o pomoc finansową i dostaliśmy 49 tys. zł na rozbudowę tej instalacji – mówi Jacek Kasperski, dyr. Nowodworskiego Centrum Medycznego. Sporo pracy przysporzyło też konieczne w tej sytuacji dodatkowe szkolenie personelu. – Jesteśmy normalnym szpitalem powiatowym, bez oddziału zakaźnego, więc stosownych procedur wszyscy musieliśmy się nauczyć. Kilka dni na zmianę całej filozofii funkcjonowania szpitala to zbyt mało. Oczywiście musieliśmy to zrobić, aczkolwiek pewne rozwiązania są troszkę prowizoryczne – dodaje dyrektor.

Trybem, w jakim zapadło postanowienie wojewody i samą jego treścią lokalni samorządowcy byli co najmniej zdziwieni. Albo jak kto woli, uznali je za chore. – Ta decyzja nas zaskoczyła. Musieliśmy w krótkim czasie znaleźć około 300 tys. zł na dostosowanie szpitala do nowych wymogów, aby mógł funkcjonować jak najlepiej. Wykonaliśmy wiele telefonów do ościennych samorządów, które nam pomagały, za co serdecznie im dziękujemy. Współpracujemy z nimi na bieżąco, działamy też razem z miejscowymi firmami, które też nam pomagają. No i staramy się jakoś pokryć te wszystkie koszty, które często niespodziewanie na nas tutaj spadają – mówi Paweł Calak, wicestarosta nowodworski.

Koszty, których z uwagi na trwającą właśnie termomodernizację oraz rozbudowę szpitala i tak jest już pod dostatkiem. Całe szczęście, że za decyzją wojewody poszedł też użyczony placówce sprzęt: respiratory, pompy infuzyjne, kardiomonitory i środki ochrony osobistej. Na ocenę sposobu, w jaki zapadła, nie ma to jednak wpływu. – Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, gdyby przeprowadzono jakieś konsultacje, byłoby nam po prostu łatwiej – dodaje wicestarosta. – Staramy się odpowiadać na potrzeby dyrekcji i starostwa nowodworskiego, jesteśmy z nimi w stałym kontakcie. Natomiast z tego, co wiem, nie tylko my, ale również starostwo zostało postawione przed faktem dokonanym – mówi Jacek Kowalski, burmistrz Nowego Dworu Mazowieckiego. Faktem, który z dnia na dzień zmienił oblicze lokalnego systemu ochrony zdrowia. Kłopot w tym, że – za wyjątkiem pacjentów z koronawirusem – zmienił na gorsze. – My, jako reprezentanci lokalnej społeczności, pytamy: gdzie i jak mają leczyć się nasi mieszkańcy, którzy zapadają na inne choroby? Myślę, że podejmując takie decyzje, należałoby je skonsultować przynajmniej z dyrektorami szpitali, aby służyły lokalnej społeczności.

O ile lokalni włodarze są powściągliwi w słowach, radni Koalicji Obywatelskiej z mazowieckiego sejmiku mówią wprost: decyzja wojewody to nieporozumienie. Próbując przeciwdziałać jej skutkom, złożyli wizytę w nowodworskiej placówce, aby na miejscu poznać efekty polityki medycznej Konstantego Radziwiłła. – Jako radna, w interesie zdrowia mieszkańców powiatów nowodworskiego i legionowskiego, uważam, że zostaliśmy bez pomocy medycznej. Pochodzący z nich pacjenci nie mają w tej chwili gdzie leczyć się na co dzień, a Szpital Bródnowski, który znajduje się w ich rejonie, jest przepełniony. Mamy tu SOR, mamy miejsce wyczekiwania karetki i szpital całkowicie wyłączony ze „zwykłej” obsługi medycznej, co oznacza, że karetka z Nowego Dworu musi znaleźć sobie przez dyspozytornię w Płońsku miejsce, gdzie ma pojechać, a tego miejsca często nie ma – alarmuje Anna Brzezińska. – Mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu, kiedy to decyzje wojewody mazowieckiego zaczynają zagrażać bezpieczeństwu zdrowotnemu mieszkańców okolic Warszawy. Rosną nam wskaźniki umieralności i coraz częściej powodem nie jest COVID-19, tylko inne choroby. Bo gdzie ma szukać pomocy medycznej mieszkaniec powiatu nowodworskiego, legionowskiego czy na przykład warszawskiej Białołęki? – retorycznie pyta Krzysztof Strzałkowski, przewodniczący sejmikowej komisji zdrowia.

Negatywne skutki medycznego „przebranżowienia” szpitali przyszły bardzo szybko. – Planowane operacje zostały odwołane z dnia na dzień, a pacjenci pozostawieni sami sobie. Bo w innych szpitalach nie wyznaczono im na nie miejsc. Pozostawiono ich bez opieki medycznej i sami, na własną rękę, mają sobie szukać szpitala, który przeprowadzi ich operacje – uważa radna Anna Brzezińska. Specjaliści potwierdzają: jest problem. Całą sytuację oceniają jednak mniej dramatycznie. – Szpital w Nowym Dworze obsługuje teren zamieszkiwany przez około stu tysięcy osób. W związku z tym potrzeby internistyczne są duże. Powstał zatem problem z pacjentami internistycznymi, jak i chirurgicznymi, z planowanymi zabiegami – przyznaje Łukasz Tomasik, dyr. med. Nowodworskiego Centrum Medycznego. A jego dyrektor dodaje: – Ci pacjenci muszą trafiać do ościennych szpitali, więc jest to problem społeczny. Mamy nadzieję, że ta epidemia wkrótce się zakończy i będziemy mogli wrócić do normalnej działalności.

Póki co w nowodworskim szpitalu skutecznie podjęto walkę zarówno ze skutkami pandemii, jak i zaskakującej decyzji wojewody. Gdyby ktoś nie wiedział – też lekarza… – To, co udało nam się osiągnąć, to duży poziom zabezpieczeń dla pacjentów oraz personelu. Świadczy o tym bardzo niski wskaźnik zachorowań wśród naszych pracowników, którzy nauczyli się już stosowania wszystkich zabezpieczeń – zapewnia Łukasz Tomasik. Dzięki temu opieka nad chorymi odbywa się bez większych przeszkód. – Mamy między innymi pacjentki, które są przywożone z wielu miast do porodu. Są to kobiety „dodatnie”, ale ku naszej radości noworodki najczęściej okazują się „ujemne”. Natomiast pacjenci wymagający bardziej specjalistycznych procedur i tak zawsze byli przewożeni z naszego regionu do szpitali wysokospecjalistycznych.

Tak czy inaczej, zamknięte dla chorych bez koronawirusa drzwi szpitala w Nowym Dworze stwarzają duże zagrożenie. I zdaniem samorządowców należy je szybko zneutralizować. – Można było zrobić to trochę lepiej, ale skoro mleko się już wylało, to należy to jak najszybciej poprawić i dostosować system tak, abyśmy mieli zarówno dobrze wyposażony szpital do walki z covidem, jak również jasne i czytelne informacje dla mieszkańców, gdzie mogą skorzystać z pomocy medycznej i jak szybko mogą ją uzyskać – jest zdania burmistrz Kowalski.

Radni z mazowieckiego sejmiku oczekują bardziej radykalnych działań namiestnika rządu. – Wydaje się, że pan wojewoda powinien natychmiast wycofać się ze swoich decyzji dla szpitala nowodworskiego, jak również dla bródnowskiego. To jest minimum, jakie można zrobić, szczególnie, że nieopodal znajduje się Szpital Narodowy, który mając nominalną liczbę łóżek covidowych na poziomie około trzystu, przyjmuje tylko kilkudziesięciu pacjentów – mówi Krzysztof Strzałkowski. – Pokazuję dzisiejszą interwencją kuriozum decyzji wojewody, podejmowanych nagle, bez konsultacji z samorządami i z dyrektorami szpitali. Wyrzuca się z nich teraz pacjentów, którzy byli w trakcie leczenia, często też mieli zaplanowane operacje ratujące ich zdrowie, a nawet życie, i pozostawia się ich samych. To niedopuszczalne – uważa Anna Brzezińska.

O tym, jak długo nowodworski szpital pozostanie wyłącznie „covidowy”, urząd wojewody na razie nie wspomniał.

Poprzedni artykułZaległa porażka
Następny artykułSMS wysłany bez punktów
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.