Bluesman dał jazzu

0
455

Odkąd Legionowo ma porządną salą widowiskową, z powrotu do miasta popularnej „dżemborki” może cieszyć się znacznie więcej fanów jazzu. I tak właśnie robią, co pokazała siedemnasta już lokalna edycja festiwalu Jazz Jamboree. Ich radość jest tym większa, że poza stolicą takich koncertów teraz nie ma. W sobotę na ratuszowej scenie rządził Leszek Cichoński i jego muzyczni przyjaciele.

– Współuczestniczymy w tym fajnym i poważnym przedsięwzięciu jazzowym jako w tej chwili jedyny klub poza Warszawą. A swego czasu byliśmy jednym z dwóch, trzech – mówi dyr. Andrzej Sobierajski. Finansowy dołek tak całkiem Legionowa jednak nie ominął. Dlatego zdecydowano, że w tym roku festiwalowy jazz będzie rozbrzmiewał w ratuszu tylko przez jeden wieczór. – Nie ma co za bardzo rozdzierać szat. Fajnie, że w ogóle możemy kontynuować tą działalność i współpracę z Fundacją Jazz Jamboree, która w tej chwili jest głównym organizatorem imprezy – dodaje szef MOK-u.

Jako pierwszy na scenie pojawił się gitarzysta Leszek Cichoński. Znany głównie jako wierny wyznawca bluesa, tym razem pokazał w Legionowie swe bardziej jazzowe oblicze. Nazwa projektu: „My jazzy soul” – nie pozostawiała pod tym względem złudzeń. – Ta moja dusza jest zdecydowanie bardziej bluesowa niż jazzowa, ale jazz był w moim życiu obecny od wczesnego dzieciństwa. Starszy brat zabierał mnie co roku na festiwal Jazz nad Odrą we Wrocławiu. Tak więc słuchałem równolegle Led Zeppelin, rocka, klasyków bluesa – B. B. Kinga, Muddy Watersa, i słuchałem jednocześnie jazzu – przyznaje artysta. Co wcale nie oznacza, że Leszek Cichoński zamierzał udawać wyrachowanego, skupionego na gryfie improwizatora. Nic z tych rzeczy – emocje na scenie wymownie potwierdzały, że w jego żyłach płynie bluesowa krew. Nawet jeśli grał bluesa mocno „zakonspirowanego”, na motywach tematu wymyślonego ongiś przez Johna Scofielda. – Standardy jazzowe potraktowaliśmy bardziej bluesowo, funkowo, jazz – rockowo, można powiedzieć. Widzę, ze to kręci: i nas na scenie, i publiczność. Jest w tym więcej radosnego grania niż, powiedzmy, w bebopowym jazzie. I jest więcej zabawy. Tym wspanialszej, że Leszkowi Cichońskiemu towarzyszyli znakomici instrumentaliści – saksofonista Piotr Baron, klawiszowiec Zbigniew Jakubek oraz sekcja rytmiczna w składzie: Tomasz Grabowy na basie i Artur Lipiński na perkusji. Nic dziwnego, że ogrywany wspólnie materiał muzycy chcą wkrótce umieścić na płycie.

Oprócz doborowej ekipy wrocławskiego gitarzysty, w sobotę na scenie pojawił się, również jako podmiot mający pociągnąć jam session, zespół Portoband. – Dobór repertuaru nie był przypadkowy. Tegoroczna edycja jest dedykowana Waldkowi Lewandowskiemu i chcieliśmy tę wiodącą gitarową część jakby podkreślić – mówi dyr. Sobierajski. Pomogli w tym także muzycy, którzy wystąpili w Legionowie, zadowalając się nader skromnymi honorariami. Dzięki temu wstęp na sobotni koncert był wolny. Do improwizacyjnej wolności pasowało to jak ulał.  

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułJak wykopać kasę
Następny artykułVive za silne dla KPR Legionowo
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 45-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.