fot. arch.

Tuż po oficjalnym pożegnaniu w trakcie styczniowej sesji rady miasta, jego odchodząca na emeryturę sekretarz dała się namówić na całkiem nieoficjalną rozmowę. I opowiedziała w jej trakcie również o mniej znanych, lecz bardzo ważnych aspektach swojej pracy. Na przykład czyniących z niej lokalny odpowiednik… ministra spraw zagranicznych.

Jak przyznała Danuta Szczepanik, za element swojej zawodowej misji uznała ona kiedyś ściąganie do Legionowa repatriantów ze Wschodu – potomków naszych rodaków, których kilkadziesiąt lat wcześniej wiatr historii wywiał daleko od ojczyzny. Takich rodzin mieszka już na terenie miasta kilkanaście. – Ale repatriacja nie kończy się tylko na przekazaniu im mieszkania. To także dużo wniosków: do MSW, do wojewody, zaproszenia, ustalenie warunków, spisanie porozumienia, no i później – kiedy już rodzina przyjeżdża – odebranie jej z dworca. Bo na ogół jeździmy po nie albo na lotnisko, albo na warszawski Dworzec Centralny. Zajmujemy się także tłumaczeniem dokumentów czy wizytą z repatriantami u wojewody w celu potwierdzenia obywatelstwa – wylicza Danuta Szczepanik.

Długą listę formalności uzupełnia między innymi rejestracja w Powiatowym Urzędzie Pracy. A gdy uda się dla repatriantów znaleźć zatrudnienie – także pisanie wniosków o refundację kosztów wynagrodzenia czy utworzenia miejsca pracy. – Na ogół wszyscy mówią kiepsko po polsku, więc szukamy też dla nich kursów językowych. Oczywiście są takie szkolenia, bardzo dobre, w całej Polsce, ale one trwają tylko dwa tygodnie, więc to jest bardziej taki kurs adaptacyjny do warunków w Polsce niż faktyczna nauka języka polskiego. Niezależnie od tego, kiedy tylko przyjeżdżają repatrianci, zapewniamy im też zaopatrzenie na pierwsze dni pobytu. Od razu zgłaszamy ich również do Ośrodka Pomocy Społecznej, żeby kiedy już dostaną polskie obywatelstwo – a zajmuje to około trzech, czterech dni – mogli otrzymać zasiłek, dopóki nie znajdą zatrudnienia albo nie dostaną zasiłku z urzędu pracy.

Jednym adaptacja w Polsce przychodzi łatwo, innym zajmuje całe lata. Nie bez znaczenia jest tutaj kwestia szybkiego znalezienia jakiegoś zajęcia. Na tym polu, często w powodzeniem Danuta Szczepanik także starała się repatriantom pomagać. – Owszem, mam tutaj pewien swój udział, bo udało mi się, tak osobiście, „wydeptać” dla kilku osób pracę. Ale później także, kiedy już repatrianci pracują, bardzo często czegoś od nas potrzebują. Na przykład, tak jak ostatnio, pośredniczenia w załatwieniu wizyty do lekarza pierwszego kontaktu, bo trudno było rodzinie przebrnąć przez wszystkie formalności – opowiada była sekretarz miasta Legionowo.

Na szczęście bywają czasem chwile, kiedy te wszystkie wysiłki schodzą na dalszy plan. A główną rolę przejmuje miłe i kojące poczucie dobrze spełnionego obowiązku. – Był taki zjazd repatriantów z całej Polski. Zabrałam na niego, dzięki temu, że pan prezydent dał w tym celu duży autokar, nie tylko legionowskich repatriantów, lecz także ich rodziny mieszkające w innych gminach województwa mazowieckiego. A tam na miejscu były też ich rodziny, które specjalnie przejechały z Kazachstanu. W związku z tym nasi repatrianci zapoznawali mnie ze swoimi krewnymi, później był wielki wspólny obiad, wspólna msza na dziedzińcu w Niepołomicach. Było to dla mnie naprawdę bardzo wzruszające spotkanie – przyznaje Danuta Szczepanik. Nie pierwsze i w jej zawodowej karierze niejedyne. Ale na pewno jedno z takich, które na emeryturze wspominać będzie z przyjemnością.

Poprzedni artykułMinister na budowie
Następny artykułW spółce z maluchami
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.