W niedzielę szczypiorniści KPR Legionowo mieli w Arenie szansę na poprawienie humoru swoim sympatykom. Szansę, ale i wyzwanie, bo naprzeciwko nich stanęła trzecia w tabeli ekipa AZS AWF Biała Podlaska. Po kolejnym horrorze, mając w końcówce szansę na wyrównanie, KPR znów przegrał mecz zaledwie jedną bramką.

Poprawiać nastrój kibiców było po czym. Kilka dni wcześniej, w zaległym meczu 12. kolejki grupy C I ligi, legionowianie zmierzyli się z rezerwami Orlenu Wisły Płock. I nie ukrywali przed tym spotkaniem sporego apetytu na komplet punktów. Niestety, prowadząc do przerwy trzema bramkami, dali się jednak dopaść, a po nerwowym finiszu przegrali 30:31. W starciu z ekipą AZS AWF Biała Podlaska mogli odwrócić złą passę.

Obie ekipy na „dzień dobry” zademonstrowały (w czym udział mieli obaj bramkarze) brak skuteczności. Rezultat dopiero w 5 minucie otworzyli goście, grając w przewadze po wykluczeniu Kamila Cioka. Chwilę później Michał Prątnicki rzutem z biodra doprowadził do wyrównania. W ósmej minucie serca kibiców zadrżały, bo zdobywając gola na 3:2, Kamil Ciok doznał bolesnego urazu. Po interwencji medycznej mógł jednak kontynuować grę. W pierwszej fazie meczu sporo bramek padło z rzutów karnych. Z małym wskazaniem na akademików, których golkiper dwa strzały KPR-u obronił. Gospodarze wyglądali trochę tak, jakby piłka parzyła ich w dłonie. Strzelali za szybko i z nieprzygotowanych pozycji. Rywale mieli więcej pomysłów na wykiwanie obrony przeciwnika. Widząc, że akcje się nie kleją, przy stanie 8:9 trener Marcin Smolarczyk wziął pierwszy czas. Po nim obraz gry pozostał z grubsza ten sam. Mimo to do 25 minuty trwał pojedynek bramka za bramkę. Wtedy Michał Ignasiak wyprowadził drużynę na dwubramkowe prowadzenie. Kiedy w 28 minucie KPR trafił na 13:11, czas wziął trener gości. Nie wiadomo, co Dmitrij Tichon powiedział zawodnikom, ale kilkadziesiąt sekund przed końcem było już 13:13. Gdy Wiktor Jędrzejewski sprytnym rzutem zdobył 14 gola, wydawało się, że to miejscowi zejdą na przerwę w lepszych nastrojach. Niestety, w ostatniej sekundzie rywale doprowadzili do remisu. Fatum pechowych końcówek trwało nadal.

W drugiej połowie pierwszą bramkę zdobył Filip Fąfara. Team z Białej Podlaskiej swoim zwyczajem nie pozostał rywalom dłużny, a po chwili z kontry wyszedł na 16:15. Kolejne dwa gole sprawiły, że KPR miał do odrobienia aż trzy bramki, co w jego obecnej dyspozycji stanowiło tym większą trudność. Nie mając zbyt szerokiej ławki, Marcin Smolarczyk wpuścił na boisko młodego Eryka Bielawskiego. Pozostało to jednak bez większego wpływu na siłę ataku gospodarzy. W 40 minucie KPR przegrywał 16:20 i zapowiadało się na kolejną w Arenie „stypę”. A mogło być jeszcze gorzej, gdyby nie dwie świetne interwencje Kacpra Wyrozębskiego. Jak na złość, chwilę później goście zagrali jeszcze akcję, którą w futbolowym światku określa się mianem „stadiony świata”. Kwadrans przed końcem KPR przegrywał 19:24 trzeba było włączyć piąty bieg. Tymczasem podmęczonej drużynie z Legionowa zaczynało brakować paliwa. Pod dostatkiem mieli natomiast ambicji. Być może to dzięki niej kilka minut później coś zaskoczyło i KPR doszedł rywali na tylko jedną bramkę. Remisu osiągnąć się już nie udało. Akademicy szybko rzucili dwa gole, na co 6 minut przed ostatnim gwizdkiem trener Smolarczyk zareagował czasem.

Po wznowieniu gry Filip Fąfara zmniejszył dystans, a po przedziwnej kontrze Kamil Ciok na raty trafił na 26:27. Jednak znów kontakt bramkowy trwał tylko kilkanaście sekund, KPR dwoił się i troił, ale goście wciąż nie pozwalali się dopaść. Szczęście uśmiechnęło się do miejscowych trochę ponad minutę przez końcem, gdy po błędzie gości KPR przejął piłkę. Wtedy nawaliła… tablica wyników, która nagle się wyzerowała. Jeśli nieoczekiwana przerwa w grze kogoś zbiła z tropu, to raczej jednego z podlaskich zawodników. Gdy do końca zostało ledwie 25 sekund, mógł rozstrzygnąć losy meczu, lecz pojedynek sam na wygrał Marcin Węgrzyn. Było 28:29 i KPR miał kilkanaście sekund na wyrównanie. Wziąwszy chłopaków na bok, Marcin Smolarczyk powiedział im, co mają zrobić. Tego wieczoru strzału na bramkę już jednak nie oddali. Zgubiona przy ostatnim podaniu piłka dała zwycięstwo gościom. – Miało być wyprowadzenie obrotu i zawiązanie akcji w bocznym sektorze, tak żeby w środku można ją było wykończyć. Natomiast brakło decyzji o rzucie, brakło też chłodnej głowy. Nie tak to miało wyglądać, no i w efekcie kolejny mecz przegrywamy jedną bramką – mówił tuż po spotkaniu załamany Marcin Smolarczyk.

Zdaniem trenera przy odrobinie szczęścia rozstrzygnięcie mogłoby być inne. – Rzuciliśmy 28 bramek – to jest całkiem dużo, natomiast straciliśmy jedną więcej i myślę, że gdzieś tutaj należałoby szukać: może większej skuteczności w bramce czy kwestii podejmowania decyzji w trudnych momentach. Poza tym w ciągu kilku dni rozegraliśmy trzy spotkania, mając niewielkie pole manewru, jeżeli chodzi o zawodników rezerwowych, gdzie te mecze są naprawdę wyczerpujące. Całe szczęście, że nikomu się nic nie stało. Mimo trudnej sytuacji, szkoleniowiec wierzy, że drużyna się odbuduje. Zarówno fizycznie, jak też – co może być nawet istotniejsze – psychicznie. – Musimy. Sportowiec zawsze wychodzi na plac gry z wolą walki. Teraz jest trochę przerwy, trochę czasu, żeby odzyskać siły i się zregenerować. Mam nadzieję, że znajdziemy jeszcze więcej energii na kolejne mecze i że będą one zwycięskie.

Następny pojedynek KPR zagra 20 marca, podejmując SPR ROKiS Radzymin.

KPR Legionowo – Orlen Wisła II Płock 30:31 (15:12)
KPR Legionowo – AZS AWF Biała Podlaska 28:29 (14:14)

Poprzedni artykułSeniorzy pływają taniej
Następny artykułPrzesadził z krytyką
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.