04.09.2010. | MIEJSCOWA - Jabłonna, Legionowo, Nieporęt, Wieliszew i okolice
" Portal Legionowa i okolic "
Advertisement
Start arrow Kultura arrow I jak tu ich nie Lubyć
I jak tu ich nie Lubyć
 
Napisany przez Waldek Siwczyński, z 24-06-2010 00:00
Skromnie, ale jak zwykle z klasą

ImagePróbując możliwie najkrócej streścić przepis wedle którego przygotowano tegoroczne Legionowskie Prezentacje Teatralne można by zrobić to następująco: jeśli nie chcesz sztuki zguby, monodramy daj na Luby. Receptura się sprawdziła. Trzydaniowa tym razem kulturalna uczta okazała się i lekkostrawna, i dobrze okraszona. Gwiazdami, oczywiście.

Odkąd większość przedstawień składających się na uLUBYoną teatralną imprezę legionowian odbywa się w miejskim ratuszu impreza zyskała na prestiżu, straciła zaś na klimacie – tak przynajmniej twierdzą jej zagorzali zwolennicy. Osoba, która Luby powołała do życia, również. - Nie wiem czy dobrze się stało. Warunki na pewno są tu lepsze, jednak wielu ludzi tęskni za atmosferą Sceny 210, za możliwością rozmowy z artystami i za tym wszystkim, co działo się tam po spektaklach. Teraz tego już nie ma – mówi z żalem Jolanta Żebrowska. Może i tak, jest za to komfortowo i bez kompleksów nawet wobec teatralnych przybytków stolicy.

To zresztą właśnie z Warszawy przybyły ze swoimi monodramami dwie główne gwiazdy prezentacji. Pierwsza, jako „Kobieta pierwotna”, zaprezentowała się legionowianom Hanna Śleszyńska. Rzec by można, że niemal w pełnej krasie – na scenie królowało obszerne łóżko, na nim z kolei aktorsko szalała spektaklowa Ewa. Ze zwaną Adamem kukłą pod pachą. Nieprzypadkowo. - Rzeczywiście, jest tu trochę takiej jazdy po facetach, no ale też w ogóle po relacjach męsko – damskich, które generalnie nie są, co wszyscy wiemy, łatwe. Czytamy różne poradniki, orientujemy się, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus i nic z tego nie wynika. Nie sprawdza się tu ani moralizowanie ani jakaś dydaktyka, więc może sprawdzi się obśmianie tego tematu i potraktowanie go z przymrużeniem oka – mówi Hanna Śleszyńska. W Legionowie się sprawdziło. Zawarte w niekiedy śmiałych tekstach problemy z życia wzięte plus interakcja z publicznością zaowocowały widowiskiem niemal tak kuszącym, jak jabłko zaserwowane ongiś przez inną Ewę innemu Adamowi...

Drugiego dnia Luby jak zwykle poszły w miasto. I kolejny raz z zaprzyjaźnioną z imprezą Kliniką Lalek. Tym razem wędrowni artyści z Wolimierza pokazali w Legionowie widowisko plenerowe pod tytułem “Księga gór” – operę lalkową, po której aktorzy Kliniki przeprowadzili na placu przy ul. Królowej Jadwigi warsztaty teatralne dla młodzieży. Dopisała pogoda, dopisali też widzowie. Podobnie, mimo obaw organizatorów, stało się w piątek, czyli trzeciego i ostatniego dnia Lubów. Wtedy na ratuszowej scenie, w osobie Rafała Rutkowskiego, pojawił się „Ojciec Polski”. - Zawsze uważałem, że ojcostwo jest tematem bardzo śmiesznym i właśnie głównie o zabawę tu chodzi. Ale poruszam też kwestie dość kontrowersyjne, takie o których zwykle się nie mówi – zdradza zyskujący ostatnio na popularności aktor. I znów, tak jak dwa dni wcześniej uczyniła to jego koleżanka po fachu, w spektaklu zatarły się granice pomiędzy sceną a publicznością, co zgodnie z oczekiwaniami ta ostatnia przyjmowała z otwartymi... przeponami. Jak to w trakcie szczerego śmiechu.

Podczas obydwu odbywających się w sali widowiskowej spektakli frekwencja była więcej niż przyzwoita. Ponad 200 osób na każdym z nich to znacznie więcej niżby mogła „zagospodarować” Scena 210. Mimo to jeszcze przed rozpoczęciem imprezy jej szefowa nie kryła pesymizmu. - Strasznie trudno jest namówić ludzi, zwłaszcza w dzień powszedni, żeby przyszli i zobaczyli nawet coś, co jest naprawdę dobre -mówiła Jolanta Żebrowska. Trudno, ale w imię przyszłorocznych, XVII już Lubów, chyba warto.

Komentarze użytkowników (0)

Nie komentowano

Dodaj komentarz!



mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Go to top of page Go to top of page
| Start | Wydarzenia | Sport | Kultura | Szukaj | Archiwum | Linki | FAQ | LTV |