Krytyka pełnego koszyka

0
100

Na pierwszy rzut oka święta, choćby te z poniedziałkowym olewaniem bliźniego swego, niosą radość dla ludzi wiary. Tej zwyczajowej, powierzchownej, rzadziej zaś wynikającej z głębokich przemyśleń i tkwiącego w sercu przekonania o niebiańskiej przyszłości. Ale już kulinarna otoczka tej celebracji, rzec można – skorupka, jest w obu przypadkach podobna, uginająca się od chleba naszego powszedniego. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Z komercyjnego punktu liczenia przedświąteczny czas to tak naprawdę handlowe żniwa, w trakcie których lud zbiera do koszyków wszystko, co się napatoczy. Przy czym w nabywczy amok klienci nie wpadają skuszeni niską ceną. Wręcz przeciwnie, tu okazję czyni sama okazja – wszak kiedy jak kiedy, ale w TYM okresie wręcz musimy popuścić sobie pasa. No i robią się jaja.

Pal sześć, gdybyśmy mieli metabolizm krokodyla czy pytona. Wtedy upolowane przy stole ofiary można by spokojnie trawić przez kolejny miesiąc, w zamian przyjmując od natury jedynie tlen i oddając jej w podzięce obłoczki metanu. Niestety, na tym etapie ewolucji to u dwunożnych biesiadników wariant mało realny. Żre przeto, ciężko sapiąc, homo sapiens godzinami, modląc się już nawet nie o grzechów odpuszczenie, lecz o zwykłe przeczyszczenie. Po którym, nota bene, równie mocno radują się i dusza, i odkupione w mękach ciało. To drugie często bardziej. Powie ktoś: nic we wspólnym rodzinnym spożywaniu pokarmów złego. Owszem, obżarstwo dalekie jest od chrześcijańskiego umiaru w jedzeniu i piciu, pozwala jednak w tym zawirusowanym świecie na chwilę zwolnić i nacieszyć się familijnym towarzystwem. Pełna zgoda. Gdyby tylko jego żeńska część, po kilku dniach w ogniu kuchennej walki, miała jeszcze siłę, by czerpać radość z końcowego triumfu. U mnóstwa pań ulatuje ona wraz z pierwszym przypaleniem, przesoleniem lub grymasem twarzy konsumenta. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego najczęściej to właśnie z ust ukrzyżowanych domowych master szefów dobiega na finał tradycyjne zaklęcie: „Święta, święta i po świętach!”. Nieśmiertelne jak ludzka dusza i głupota.

Poprzedni artykułPomoc wysokiej jakości
Następny artykułSzykują się utrudnienia
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here