Nie jest to wśród mieszkańców legionowskich osiedli spółdzielczych zjawisko ani nowe, ani wyjątkowe. Zwłaszcza w niepewnych, trudnych czasach – a właśnie z takimi mamy ostatnio do czynienia – problem gromadzenia w domach znajdowanych na śmietnikach przedmiotów zdecydowanie narasta. Z perspektywy sąsiadów takich „kolekcjonerów” trudno go nie zauważyć i nie… poczuć.

Zapewne każdy z nas zna lub słyszał opowieści o osobie, której „wszystko się przyda”. Wiele z nich mieszka też w zasobach legionowskiej SMLW. – Rzeczywiście, jest coraz większa grupa tak zwanych zbieraczy, którzy znoszą do mieszkań rzeczy ze śmietników. Ktoś coś wyrzuci, a za chwilę inna osoba idzie i przynosi to do domu. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież „wolnoć Tomku w swoim domku”, ale te rzeczy są najczęściej brudne, uszkodzone, często po prostu śmierdzące. Krótko mówiąc, dla sąsiadów nie jest to nic przyjemnego – mówi Agnieszka Borkowska, wiceprezes SMLW w Legionowie.

Asortyment znoszonych do mieszkań śmieci bywa bardzo szeroki i zróżnicowany. – Słoiki, puszki, stare gazety, często też resztki jedzenia albo nawet całe opakowania jogurtu czy mleka w kartonie. Zgłaszamy ten problem od lat – do Ośrodka Pomocy Społecznej, do służb porządkowych, do sanepidu, lecz niestety nie przynosi to rezultatu. Często śmieciami z takich mieszkań można zapełnić kilkanaście worków, jeżeli ktoś zaczyna to sprzątać, albo nawet kilkanaście kontenerów – dodaje wiceprezes SMLW. Interweniującym pracownikom spółdzielni mieszkaniowi „kolekcjonerzy” mówią, że nie widzą w swoich działaniach nic złego. Ale zarówno administratorom, jak i pozostałym lokatorom takie stanowisko nie trafia do przekonania. – Mamy telefony od sąsiadów pytających, kiedy w końcu zrobimy z tym porządek, bo już po prostu z powodu smrodu nie daje się wytrzymać. Co ciekawe, po uprzątnięciu takich zagraconych mieszkań zazwyczaj nie stwierdzamy, że tam są robaki.

Marna to jednak pociecha, skoro domowe składowiska dają się we znaki w inny sposób. I negatywnie wpływają na komfort oraz bezpieczeństwo mieszkańców. Obawiając się o ich dobro, w kilku najbardziej drastycznych przypadkach spółdzielnia skierowała sprawę do sądu. Sami jej pracownicy problemu jednak nie rozwiążą. – Mieszkamy w budynkach wielorodzinnych, a nie w prywatnych domach, gdzie możemy sobie składować to, co nam się podoba. Musimy też patrzeć na sąsiadów. Stąd nasz apel do członków rodzin takich zbieraczy, często przyznających w rozmowach z nami, że są bezradni wobec przyzwyczajeń swoich krewnych. Jeżeli zauważą, że przynoszonych przez nich rzeczy przybywa, niech spróbują porozmawiać z rodzicami czy dziadkami, może zaoferować pomoc w sprzątaniu, a może spróbować zainteresować ich czymś innym – radzi Agnieszka Borkowska.

Tak czy inaczej, w każdej chwili lokator pragnący pozbyć się swoich „zbiorów” może liczyć na wsparcie ze strony administracji. Z koniecznością likwidowania domowych składowisk odpadów jej ludzie mierzyli się już w Legionowie wielokrotnie. – Najczęściej się to dzieje przy okazji eksmisji, kiedy nie ma członków rodziny, kiedy odzyskując lokal, próbujemy sprzątać. Mamy kilka spraw w sądzie, jednak niestety potrafią one ciągnąć się latami i nie wiemy, kiedy się zakończą. My oczywiście, jeżeli ktoś uzna, że tych śmieci ma już zbyt dużo i sam sobie z nimi nie poradzi, oferujemy pomoc w ich sprzątnięciu i wyniesieniu – deklaruje wiceprezes spółdzielni. W wyniesieniu także z korytarzy lub piwnic, które również – zwłaszcza ze względów przeciwpożarowych – nie mogą i nie powinny służyć mieszkańcom do magazynowania rupieci.

Poprzedni artykułDworzec pełen kobiet
Następny artykułDwa punkty i rekord
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.