W czternastej kolejce rozgrywek I ligi w grupie C liderujący KPR Legionowo podjął ekipę KS Azotów Puławy II. I okazał się w niedzielę (28 lutego) wyjątkowo niegościnny. Zajmujący w tabeli dziewiątą lokatę goście ani przez moment nie zagrozili legionowianom, przegrywając czternastoma bramkami.

Przez meczem KPR miał na koncie 33 punkty, a jego rywale – drużyna złożona z młodych, dopiero zdobywających doświadczenie graczy – zaledwie dziewięć. Wszystko wskazywało więc na to, że pod względem sportowym gospodarzy czeka przysłowiowy spacerek.

Rezultat w pierwszej minucie otworzył po ładnej kontrze Maksymilian Śliwiński, Później jednak coś się u gospodarzy zacięło: albo trafiali w słupek, albo piłkę wybijał bramkarz gości – broniąc m.in. karnego strzelanego przez Kamila Cioka. Dopiero w piątej minucie KPR rzucił drugą bramkę, na co trener bezproduktywnych dotąd rywali poprosił o czas. Tuż po nim Franci Brinovec zdobył swego drugiego gola i jego drużyna mogła grać na większym luzie. I grała, momentami na zbyt dużym, bo gdyby traconą przez gospodarzy piłkę puławianie celniej kierowali w stronę bramki rywali, wynik byłby bardziej wyrównany. A tak stracili kolejnego gola i w dziewiątej minucie przegrywali 0:4. Wprawdzie zaraz zaliczyli celne trafienie, ale miejscowi odpowiedzieli na nie dwoma. Cały czas mecz mieli pod kontrolą, zwłaszcza że spokojnie próbujący rozgrywać akcje goście nie sprawiali wrażenia ekipy dążącej do sprawienia w DPD Arenie niespodzianki.

Gdy w 15 minucie KPR prowadził 9:3, ich trener drugi raz zawołał zawodników na przerwę, głośno dając im do zrozumienia, że czas pożegnać tremę i napsuć liderowi trochę nerwów. Na próżno. Nie forsując tempa, KPR ćwiczył nowe warianty rozgrywania akcji. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, przez co gracze w Puław odrobili część strat i w 23 minucie przegrywali już „tylko” 8:12. Na szczęście legionowianie nie zapomnieli, jak się strzela, dzięki czemu wciąż kontrolowali mecz i spokojnie podążali do końca połowy. Wprawdzie ich trenerski duet zdążył jeszcze wziąć czas, ale chodziło w nim raczej o ułożenie strategii na – jak się okazało, ciekawą i mogącą się podobać – końcówkę, niż o przywołanie drużyny do porządku. Do szatni obie ekipy zeszły przy stanie 18:12 dla gospodarzy. – W przerwie mówiliśmy o rzeczach, które mogą i powinny funkcjonować lepiej. Zwracaliśmy uwagę na pewne zachowania w obronie, które miały sprawić, że będziemy tracić trochę mniej bramek. Jeżeli chodzi o atak, zwracaliśmy uwagę, na przestrzenie, które pojawiają się między zawodnikami przeciwnika, i na sposoby ich wykorzystania. Poświęciliśmy też trochę czasu na kosmetyczną korektę niektórych zagrywek, które mamy wytrenowane, tak aby zawodnicy w warunkach walki sportowej adaptowali się do sytuacji na boisku. Generalnie pracowaliśmy nad tym, aby z tego meczu wyciągnąć jak najwięcej doświadczenia, które mam nadzieję będzie procentować w przyszłości – mówił po meczu trener Marcin Smolarczyk.

Strzelanie po przerwie rozpoczęli, grając w osłabieniu, goście z Puław. Nie był to jednak początek ich zmasowanego szturmu, a raczej nawiązanie do przebiegu meczu z końcówki pierwszej partii, z otwartą, widowiskową grą z obu stron. Widowiskową i skuteczną, co sprawiło, że po dziewięciu minutach przewaga KPR-u wciąż wynosiła sześć trafień. I to był koniec marzeń Azotów o pogoni za liderem. Chwilę później, przy aż trzech rzutach do opuszczonej bramki gości, powiększył on prowadzenie, przypominając o dzielącej obie ekipy sile ognia. Łyżką dziegciu dla KPR-u była akcja z 43 minuty, kiedy za jednym zamachem stracił on gola i Krystiana Wołowca, który po faulu wyleciał z boiska. Mimo to jego koledzy – często zatrudniając skutecznych tego dnia skrzydłowych – nadal robili swoje i kwadrans przed końcem spotkania (także dzięki dobrej postawie desygnowanego do bramki Kacpra Zacharskiego) prowadzili 30:21. Kilka minut później, przy wciąż bezpiecznej przewadze, trenerzy KPR-u wzięli zawodników na stronę. Oczywiście ze świadomością, że trzy punkty im już nie uciekną. Do ostatniego gwizdka sędziego obraz gry się nie zmienił. Legionowski lider rozgromił młody zespół z Puław 39:25, umacniając się na prowadzeniu w grupie C. – Bardzo nas cieszy, że wszyscy zawodnicy, którzy dziś grali, zaliczyli jakąś zdobycz bramkową. Dystrybucja bramek spoczęła dzięki temu na całej drużynie, co jest bardzo fajne i budujące. Cieszy nas, że praca, którą wykonujemy – szczególnie z młodymi graczami – owocuje, bo wychodzą na plac i momentami zachowują się naprawdę jak bardzo doświadczeni gracze. Dla nas ważne jest to, że w takich spotkaniach nie zawodzą, co powinno zaowocować w meczach z silniejszymi przeciwnikami, bo pozwoli nam po równo rozłożyć siły na cały zespół.

W drugiej rundzie trenerzy Marcin Smolarczyk oraz Michał Prątnicki zamierzają ten potencjał w pełni wykorzystać. I częściej desygnować do gry zawodników, którzy dotąd mniej występowali na pierwszoligowych parkietach. – Z wiadomych przyczyn: ta dyscyplina jest dosyć wymagająca, jeżeli chodzi o motorykę, dlatego im więcej zawodników wchodzących na boisko jest w stanie wnieść wartość dodaną w postaci bramek czy podań do pozycji kończących; w postaci podejmowania dobrych decyzji, tym mniej sił kosztuje to cały zespół, co może przełożyć się na końcowy sukces – dodał trener Smolarczyk. Póki co, mimo niewielkich kłopotów ze zdrowiem kilku graczy, legionowscy kibice raczej mogą być o niego spokojni.

KPR Legionowo – KS Azoty Puławy II 39:25 (18:12)

Najwięcej bramek: dla KPR-u – Maksymilian Śliwiński 9, Mateusz Chabior 8, Marek Podobas 5; dla Azotów II – Karol Przychodzeń 7, Erik Figura, Kamil Konieczny – po 4.

Poprzedni artykułJak nie zostać na lodzie
Następny artykułSkorupki w remoncie
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.