Po kilku latach szukania dla niej ostatecznego przeznaczenia popularna „bańka”, czyli charakterystyczny obiekt biurowy zbudowany przez SMLW w samym centrum Legionowa, znalazła nowego właściciela. To, do czego owa oszklona nieruchomość będzie mu teraz służyć, jest jednak owiane tajemnicą. Na razie tylko handlową.

Czy to w motoryzacji, czy też w modzie lub w architekturze, awangardowe kształty przyjmują się raczej z trudem. Nawet jeżeli są ciekawe, ładne i nie wchodzą w paradę funkcjonalności. Czy któryś z tych przymiotników pasuje do obłego narożnika budynku, jaki powstał na miejscu słynnego legionowskiego Anatu, to już kwestia gustu. Bezsporny pozostaje natomiast fakt, że ten element nadał całej konstrukcji charakteru i oryginalności. A dlaczego w ogóle się tam znalazł? Otóż poniekąd z konieczności. – Ja od początku byłem tej „bańce” przeciwny, ale przepisy prawa budowlanego – ze względu na brak odpowiedniego nasłonecznienia tego miejsca – wymuszały na nas postawienie w tym narożniku czegoś, co nie będzie mieszkaniem. Dyskutowaliśmy na ten temat z projektantami i jedynym rozwiązaniem okazała się koncepcja budynku biurowego – wspomina Szymon Rosiak, prezes zarządu SMLW w Legionowie. Niedługo później od koncepcji spółdzielnia w miarę gładko przeszła do jej realizacji.

Budowa całego kompleksu zaczęła się jednak nie najszczęśliwiej. – To była dość pechowa inwestycja, dlatego że w trakcie jej prowadzenia generalny wykonawca ogłosił upadłość. W związku z tym wszystko nam się – oczywiście nie w sensie dosłownym – zawaliło. Obawialiśmy się, że może to znacznie podnieść koszty, ale na szczęście udało się tego uniknąć i dzięki bardzo porządnie sporządzonej umowie z wykonawcą wyjść z całej sytuacji obronną ręką. Później szybko znaleźliśmy firmę, która to dokończyła, zapewne zresztą prawie nic na tym nie zarabiając – dodaje Szymon Rosiak.

Gdy przyszło do sprzedaży zbudowanych na miejscu pawilonu Anat lokali, wyglądało na to, że zyskiwać nowych właścicieli będą niczym świeże bułeczki. I o ile w przypadku mieszkań znalazło to pełne potwierdzenie (ponad 60 proc. z nich zakupiono bez posiłkowania się kredytem bankowym – przyp. red.), z powierzchniami komercyjnymi było już mniej różowo. Choć początkowo wszystko wskazywało na to, że również one pójdą na przysłowiowym pniu. – Ale zaraz po tym, jak zrobiliśmy przetarg i sprzedaliśmy trzy pierwsze lokale, wszystko siadło. No i została nam ta nieszczęsna „bańka” oraz lokal obok, których nikt nie chciał – mówi szef legionowskiej spółdzielni mieszkaniowej.

Mając świadomość, że liczące ponad 1100 m² „akwarium” może być trudno sprzedać, zarząd SMLW brał pod uwagę przeniesienie tam centrali spółdzielni, przy jednoczesnej sprzedaży jej biurowca przy ul. Jagiellońskiej. Niestety, po zrobieniu dokładnego bilansu zysków i strat adaptacja powierzchni na potrzeby administracji okazała się nieopłacalna. Z oferty zakupu nie skorzystał też miejski ratusz, wskazując na pewne rozbieżności pomiędzy ewentualnym pomysłem na „bańkę” a jej – skądinąd doskonałą – lokalizacją. Lecz ani dla kierownictwa legionowskiej spółdzielni, ani dla znawców rynku nie ulegało wątpliwości, że prędzej czy później ktoś postanowi w nią zainwestować swoje pieniądze. I tak właśnie ostatnio się stało. – Znaleźliśmy firmę, która zdecydowała się na nabycie tego obiektu. Negocjacje trwały bardzo długo, w szczególności cenowe, ale udało nam się uzgodnić z nabywcą, że nie możemy zejść poniżej kosztów, które mamy w ewidencji środków trwałych. I zostało to zaakceptowane. Co do konkretnych kwot, w umowie zawarte jest zastrzeżenie dotyczące ujawniania jakichkolwiek szczegółów transakcji – zastrzega prezes Rosiak.

Tak więc tego, za ile baniek poszła „bańka”, póki co nie wiadomo. Podobnie jak tego, komu i czemu będzie ona służyć. W tym momencie wydaje się to zresztą mniej istotne. Z perspektywy spółdzielców najważniejsze jest to, że w przypadku inwestycji „na Anacie” SMLW postawiła w końcu ekonomiczną „kropkę nad i”. – Odzyskaliśmy pieniądze, które były tam zaangażowane, no i to miejsce – bardzo przecież prestiżowe – nabierze wkrótce jakiegoś konkretnego kształtu. Prosiłem tylko nabywcę, żeby nie były tam prowadzone działalności, które mogłyby przeszkadzać okolicznym mieszkańcom. Zagwarantował, że nie będzie – podkreśla Szymon Rosiak. Podsumowując zatem krótko całą sprawę, problem… z bańki.

Poprzedni artykułWzmocnienie na skrzydle
Następny artykułAsy od kasowania kasy
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.