W minioną sobotę, po niespełna dwóch miesiącach przerwy, szczypiorniści KPR-u Legionowo mieli okazję pokazać, czy dobrze przygotowali się do rewanżowej rundy pierwszoligowych rozgrywek. Ich formę, i to solidnie, przetestował w DPD Arenie warszawski AZS Uniwersytet Warszawski. Ale do domu wrócił z niczym.

Mimo że liderujący w rozgrywkach KPR nie stracił dotąd nawet punktu, czwarty w tabeli AZS nie przyjechał do Legionowa na wycieczkę. Mając w składzie choćby dobrze w nim znanych z występów w składzie gospodarzy Witalija Titowa i Krzysztofa Lipkę, zamierzał jako pierwszy zespół z grupy C pozbawić ich trzech punktów.

Pierwsza bramka mazowieckich derbów padła po faulu na Kamilu Cioku z rzutu karnego. Strzelił ją Marcin Kostro. Goście szybko odpowiedzieli golem, grali jednak tak ostro, że nie minęły dwie minuty, a mieli już na koncie dwie żółte kartki. A KPR robił swoje. Chwilę po bramce Marka Podobasa wykorzystał dwa kolejne karne i objął prowadzenie 4:1. Wtedy do boju ruszyli warszawiacy, którzy po serii trzech trafień doszli gospodarzy, a gdyby nie świetna interwencja Tomasza Szałkuckiego, nawet by prowadzili. Niestety, co ma wisieć… Po chwili AZS na krótko objął pierwsze w tym meczu prowadzenie. Kłopot w tym, że goście wciąż mieli dobrze wyregulowane celowniki i dość łatwo, często z kontry, dochodzili do pozycji strzeleckich. Tymczasem miejscowi męczyli się ze sforsowaniem obrony rywala. Rzut Filipa Fąfary z drugiej linii doprowadził wprawdzie do remisu po 6, ale za moment KPR znów przegrywał, i to dwiema bramkami. Po kolejnej kontrze legionowian uratował słupek, lecz za chwilę, w 15 minucie, goście prowadzili już 9:6. Trener Marcin Smolarczyk od razu poprosił o czas. Po niej KPR strzelił gola i próbował odrobić straty, jednak „uniwerkowi” wyszła kolejna kontra i pogoń trzeba było zaczynać od nowa. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie „Szałek”, który kilka razy ratował drużynę przed stratą bramki. Ale długo nie strzelali ich też miejscowi, więc w 23 minucie (po dwóch karach Michała Prątnickiego), grając w osłabieniu, przegrywali 9:12 i jeśli chcieli zejść na przerwę w dobrych nastrojach, był najwyższy czas na wzięcie się do roboty. No i się wzięli. Dwie bramki Kamila Cioka zmniejszyły dystans do jednego „oczka”, lecz pomimo złapania kontaktu gospodarzom nie sprzyjały nawet własne ściany. Dlatego zamiast nieuznanego gola na 12:12, stracili następne i znów musieli gonić. Przyczynił się do tego Krzysztof Lipka, poprzedni trener KPR-u, dwa razy murując dostęp do strzeżonej przez siebie bramki. W efekcie miejscowi zeszli na przerwę, przegrywając 13:15.

Niespełna trzy minuty po niej KPR doprowadził do remisu po 16. Było widać, że zespół miał w szatni poważną rozmowę ze swoim duetem trenerskim. Tyle że AZS nie spuścił z tonu, przez co wynik wciąż lekko przemawiał na jego korzyść. W 40 minucie, po świetnym rozegraniu duetu Prątnicki – Kasprzak, zrobiło się po 19, a za moment ten drugi zawodnik wyprowadził KPR na oczekiwane od dawna prowadzenie. Wciąż jednak toczył się twardy, wyrównany pojedynek, w którym trudno było wskazać zwycięzcę. Przy stanie 21:20, po kapitalnej paradzie Szałkuckiego, KPR trafił, będąc w osłabieniu. Gra w wykonaniu miejscowych zaczynała wyglądać coraz lepiej. W 46 minucie, przy ich prowadzeniu 23:21, trener gości wziął swoich zawodników na pierwszą w tym spotkaniu rozmowę, Tuż po niej Marcin Kostro trafił do pustej bramki. Było 13 minut do końca i zaczynała zarysowywać się przewaga miejscowych. Z początku niewielka, z czasem coraz wyraźniejsza. Mając w zapasie pięć goli, KPR uspokoił grę i uważniej rozgrywał akcje. A śledzący mecz w internecie kibice mogli nieco spokojniej oglądać to zacięte, emocjonujące widowisko. Co prawda kolejne dwa gole zdobyli warszawianie, lecz Marek Podobas szybko odpowiedział trafieniem i KPR nadal miał trzybramkowy zapas. Kiedy w 54 minucie goście zmniejszyli stratę do dwóch bramek, na moment zrobiło się nerwowo. Od kontaktowej bramki znów uratował kolegów Szałkucki. Chwilę później, po nieprawdopodobnej akcji KPR wyszedł na 28:25 i musiałby się chyba zdarzyć cud, żeby tego meczu nie wygrał. Ku zadowoleniu fanów miejscowej drużyny cud się jednak nie zdarzył. Drugą rundę rozgrywek KPR Legionowo zaczął od zwycięstwa 30:27, zachowując po stronie porażek czyste konto.

W kolejnej, trzynastej kolejce rozgrywek KPR Legionowo pojedzie do Ciechanowa. W sobotę 13 lutego zmierzy się tam z miejscowym Jurandem.

KPR Legionowo – AZS UW Warszawa 30:27 (13:15)

Najwięcej bramek: dla KPR-u – Marcin Kostro 6, Michał Prątnicki, Tomasz Kasprzak – po 4; dla AZS-u UW – Wiktor Przybysz, Miłosz Zawadzki, Dawid Szpejna – po 5.

Marcin Smolarczyk, trener KPR Legionowo

– W pierwszej połowie przeciwnik postawił fajne warunki, wykorzystywał momentami pewną naszą niefrasobliwość w obronie. My staraliśmy się odpowiedzieć tym samym w ataku, ale tam na drodze stawali bramkarze AZS-u, którzy zagrali bardzo fajne zawody. W zasadzie i z jednej, i z drugiej strony bramkarze trzymali mecz, bo naszemu Tomkowi Szałkuckiemu też nie można odmówić wysokiej skuteczności, co spowodowało, że ten mecz był na styku. Taki powrót na boisko po przerwie zawsze jest specyficzny. Wiemy, w którym miejscu jesteśmy, bo graliśmy mecze kontrolne, natomiast liga to liga. A jeszcze były to lokalne derby, z zespołem zza między, zaś takie mecze zawsze są nacechowane dodatkowymi emocjami i potrafią się w nich dziać różne historie. Gratulacje dla przeciwników, bo w zasadzie do końca nie było wiadomo, w którą stronę przechyli się wynik. Myślę, że mecz był fajny dla kibiców, bo cały czas coś się działo, było dużo parad bramkarskich. Stworzyliśmy fajne widowisko, a mnie pozostaje cieszyć się z punktów. W naszej grze sporo jest jeszcze do poprawienia, natomiast czasu nie jest wcale wiele. Trenujemy codziennie, ale zawsze chciałoby się parę godzin więcej na tej hali spędzić, żeby dopracować kolejne elementy. Jak widać, na drugą rundę musimy być przygotowani jeszcze lepiej, bo każdy następny mecz na pewno będzie bardzo trudny. Poszukamy więc kolejnych rozwiązań w ataku, w obronie również, no i popracujemy nad skutecznością w ataku szybkim czy samym rozprowadzeniem ataku w drugie tempo. To są nasze cele do poprawy.

Poprzedni artykułPrzeminęło z… wietrzeniem
Następny artykułSztuka metamorfozy
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.