Altruistyczny truizm

0
150

Lekko licząc, w swej gryzipiórczej egzystencji popełniłem dobrych kilka tysięcy tekstów. Z czego kilka dobrych. Mimo wszystko, po tylu uderzeniach w różne stoły, czytelnicze nożyce odzywały się rzadko. Po części zapewne nie tyle z powodu mojej rzetelności, co właściwego bliźnim lenistwa. Fakt pozostaje faktem – w tej kwestii raczej miewałem spokój. Bywały wszak wyjątki. Dotyczące, o dziwo, tematów na sprostowania z pozoru odpornych; takich, gdzie w co drugim zdaniu rozpychało się słowo „dobroczynność”.

Instytucje, fundacje albo po prostu ludzie pragnący innym pomagać to w społeczeństwie coraz szerszy, lecz jednak wciąż margines. Tym chętniej więc my, pismaki, wyciągamy z morza wydarzeń owe perły i poprzez redakcyjny szlif staramy się przydać im blasku. Z reguły się udaje. Ale biada pismakowi, który w artykule o charytatywnym zrywie coś pokręci, zepchnie na dalszy plan godność organizatora, nazwę instytucji, czy wręcz, o zgrozo, udział którejś z nich pominie. Chryja murowana! Tuż po publikacji z wrzeszczącej słuchawki spada na autora lawina zarzutów, na czele z wbijającą go w śnieg racją, że gdy ktoś dał, a o tym nie przeczyta, to będzie mu przykro i drugi raz nie da. Celują w takiej argumentacji – jak gdyby ucząc młodzież: dawajcie i oczekujcie poklasku – nauczyciele. Tym samym przypisują darczyńcom i wolontariuszom swego rodzaju filantropijną mściwość, odbierając im zarazem przywilej pozostania w cieniu. Nie wiem jak oni, ale ja bym takiej „protekcji” nie chciał.

Stara to prawda, że ci, którzy najwięcej robią dla innych, najmniej dbają o nadawanie temu rozgłosu. Tak to już z prawdziwie dobrymi ludźmi bywa. Tyle że w wielkoduszność bawią się na świecie nie tylko oni. Potrzebujący dzięki temu zyskują, etos bezinteresownej ofiarności traci. Szkoda. Jeden pan trafnie kiedyś zauważył, że dobroczynność jest maskaradą interesowności przebranej za altruizm. Chyba wiem, kogo miał na myśli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here