Bez wstrętu do talentu

0
244

Zerkając ostatnimi laty na różne utalentowane programy, jakoś tak zrobiło mi się pewnego dnia smutno. Pal sześć zazdrość o to, że moich potraw lub tańca (o śpiewie nie wspomnę) kamera nawet nie chciałaby omieść wzrokiem. Z tym dawno się pogodziłem. Chodzi o coś innego. Wokół takich show kręcą się zwykle ludzie młodzi i na dorobku, omijają je zaś ci, którzy czegoś tam już się dochrapali – choćby politycy i samorządowcy. Z tego powodu nikt właściwie nie wie, co owym specom wychodzi najlepiej. Zwłaszcza że akurat ze staniem u sterów władzy często bywa marnie i odpowiedzialnym za swe okręty kapitanom świetnie udaje się głównie bujanie. Nic dziwnego, że naród miewa mdłości.

Czy więc, zamiast produkować gadżety świadczące jedynie o tym, że kandydaci mają ładne twarze i dobre chęci, nie lepiej byłoby zmusić ich do rywalizacji na innym polu? Kusząca (tele)wizja! Ni stąd, ni zowąd mogłoby się przecież okazać, że nasz wybraniec – wzorem filmowego dyrektora od reżysera Barei – wybrańcem jest po prostu „z zawodu”. Takich zawodów w trakcie weryfikacji doznalibyśmy zapewne mnóstwo. Bo co my w końcu wiemy o ludziach, którym z wyboru powierzamy w wyborach nasze sympatie, nadzieje i sporo mamony? Najczęściej tylko tyle, ile chcą opłacani z partyjnej (czyli naszej) kasy macherzy od kampanijnego szamaństwa. A niechby się tak jeden z drugim polityczny ad-orator wdrapał na scenę, potańczył, zaśpiewał, coś z łapkami zrobił – od razu byśmy wiedzieli, czy się do czegoś nada!

Tak na marginesie, już tysiące sylwestrów temu publicysta imieniem Platon uznał demokrację za ustrój lichy, bo strojony przez lud, który w swej masie durny jest i podatny na manipulacje. Miał rację. Nie miał jednak telewizji. Od razu by się kapnął, że najważniejszy w życiu jest talent. Nawet taki, powiedzmy, platoniczny.

Poprzedni artykułPodwózka do nekropolii
Następny artykułKolejka wysokich porażek
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.