Od gorących, czerwcowych dni, kiedy to czterech legionowskich podchorążych Armii Krajowej straciło życie, próbując chronić transport alianckiej broni, minęło już 77 lat. Ale są to dni, o których pamięć wciąż jest w mieście żywa. I każdego roku symbolicznie, słowem oraz gestem, potwierdzana.

Z militarnego puntu widzenia tamte wydarzenia miały niewielkie znaczenie. Wiele za to mówią o patriotyzmie i odwadze biorących w nich udział Polaków. – To była bardzo dramatyczna akcja, mająca na celu sprowadzenie do Legionowa broni, która została zrzucona w okolicach Wyszkowa, przewieziona w okolice Nieporętu i zmagazynowana na torfowisku. Szesnastego czerwca zapadła decyzja, że należąca się pułkowi legionowskiemu część uzbrojenia będzie przetransportowana wozem konnym, pod przykryciem z torfu. Przy czym oficjalne papiery na przewóz torfu zostały załatwione. Niestety ekipa, która przewoziła tę broń, między innymi przez Stanisławów, została zaskoczona przez duży oddział niemiecki, który na trzech ciężarówkach z karabinami maszynowymi patrolował okolice po kradzieży koni z legionowskiego garnizonu niemieckiego. Część osłony tego transportu, podchorążowie „Alfa” i „Skiba” zginęli. Pozostała dwójka żołnierzy uprowadziła wóz z końmi i skryła się w lesie. „Alfa” i „Skiba” tak skutecznie prowadzili ogień, że całkowicie odwrócili uwagę Niemców od transportu – opowiada Wojciech Jeutte, prezes Zespołu Ochrony Pamięci Armii Krajowej „Brzozów”.

Dwudziestego czerwca 1943 roku postanowiono, że ukryta prowizorycznie pod Stanisławowem broń zostanie przeniesiona przez elewów lokalnej podchorążówki. Osłonę transportu miało stanowić czterech żołnierzy. Ich dowódca nosił pseudonim „Puchała”, natomiast podchorążowie przeszli do historii jako „Warta”, „Lato” i „Zerwikaptur”. – Cały ten oddział wychodził z Legionowa cztero-, pięcioosobowymi grupami w stronę Stanisławowa. Ostatni wychodził oddział osłonowy. Podchorążowie mieli broń krótką i teczki, w których były częściowo rozłożone automatyczne steny. Konstrukcja tego pistoletu jest przestrzenna, a nie płaska, więc nie dało się go inaczej transportować bez zwracania na siebie uwagi. Gdy przechodzili przez zabudowania nazywane dzisiaj Parkiem Kościuszki, natknęli się na obławę niemiecką spowodowaną incydentem w pobliskim pubie, gdzie ktoś rozbroił pijanego Niemca, zabrał mu broń i uciekł.

Wtedy rutynowo do akcji wkroczyła niemiecka żandarmeria. Za sprawą tego pechowego zbiegu okoliczności podjęte przez ruch oporu działania mające zabezpieczyć operację zawiodły. – Łączniczka, która miała przekazać temu oddziałowi wiadomość o ewentualnym zagrożeniu, został odcięta właśnie przez tyralierę niemiecką i nie mogła dotrzeć do podchorążych i ich dowódcy. Wobec tego, niczego się nie spodziewając, gdy weszli oni na ten teren, zostali ogarnięci przez Niemców – relacjonuje pan Wojciech.

Nastąpiła wymiana ognia, z której Polacy właściwie nie mieli szans wyjść obronną ręką. – Dowódca, „Puchała”, wycofywał się w kierunku zabudowań, a podchorążowie zaczęli uciekać w stronę torów kolejowych, licząc na to, że zdążą wymknąć się Niemcom. Niestety od torów szła druga tyraliera i zostali oni odcięci. Jeden z nich, „Zerwikaptur”, biegnąc w stronę torów, upuścił teczkę ze stenem w krzakach, więc w momencie gdy zatrzymała go ta druga tyraliera, mógł udawać, że ucieka tylko dlatego, że usłyszał strzały. Natomiast „Lato” i „Warta” wpadli z teczkami, w których były angielskie pistolety. No więc nie było już żadnych tłumaczeń. Później wszystkich trzech zabrano do koszar. „Zerwikaptura” udało się, za jakieś błyskawicznie zebrane duże kosztowności, wykupić. Był pretekst, bo nie ujęto go z bronią. Natomiast Dąbrowski i Majewski, czyli „Lato” i „Warta”, zostali poddani przesłuchaniom.

O ich uwolnieniu z aresztu nie było mowy. Liczący cztery tysiące żołnierzy garnizon niemiecki nie dawał żadnych nadziei na powodzenie takiej akcji. – Wobec tego zapadła decyzja o próbie ich odbicia, bo prawdopodobnie będą przewożeni do Warszawy na Szucha. Stało się jednak inaczej. Zupełnie niespodziewanie Niemcy wywieźli podchorążych do pobliskiego lasu, gdzie ich zamordowali, a ciała zagrzebali całkiem gdzie indziej. Przez to do dnia dzisiejszego nie wiemy, gdzie oni byli pochowani – przyznaje Wojciech Jeutte. Wiadomo natomiast, że w trakcie trwających trzy dni przesłuchań dwaj Polacy niczego okupantom nie zdradzili. Mimo stosowanych przez hitlerowców tortur nie ujawnili nawet własnych nazwisk, co pozwoliło uchronić od represji ich rodziny. Ofiara dzielnych podchorążych nie poszła na marne. – Broń została przetransportowana przez pozostałe oddziały, które się przeorganizowały, i przeniesiona do skrytek. A rok później wykorzystana w czasie Powstania Warszawskiego.

Po wielu latach mieszkańcy Legionowa i powiatu nadal oddają hołd bohaterom tamtych zdarzeń. W poprzednią środę najpierw zapłonęły znicze w Stanisławowie, przy kamieniu upamiętniających śmierć podchorążych „Alfy” i „Skiby”. Następnie uczczono pamięć dwójki ich kolegów. Tym razem w legionowskim Parku Kościuszki, gdzie swój symboliczny, kamienny monument mają „Warta” oraz „Lato”. – To również dzięki ich ofierze my dzisiaj możemy żyć w wolnej Polsce i patrzeć spokojnie w przyszłość. Cieszę się z tego, że byli tutaj młodzi mieszkańcy Legionowa – zarówno harcerze, jak i obywatele tego miasta, i że wspólnie uczciliśmy pamięć o tych dwóch młodych ludziach, którzy oddali swoje życie za Ojczyznę – podkreśla Piotr Zadrożny, zastępca prezydenta Legionowa.

Poprzedni artykułDzielnicowy na łowach
Następny artykułUkartowany sukces
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.