Ręce, które śmieszą

0
1157

Jednym z zabawniejszych widoków w kategorii „medycyna niekonwencjonalna” jest dla mnie, Czcigodni Czytelnicy (w skrócie: czcitelnicy), magik obłapiający (widzialne tylko dla niego) pole energetyczne pacjenta. Zaiste, elektryzujące to zabiegi! Zmarszczone czoło, mądra mina maskująca głupie gesty, doprawiane przez „medyceusza” kadzidełkiem lub muzyką relaksacyjną, wzmagającymi w delikwencie wiarę w moc całego misterium – oto bioenergoterapia. Pamiętacie bajkę pt. „Nowe szaty cesarza”? Duńczyk nazwiskiem Andersen opisał w niej oszustów mamiących władcę obietnicami dostarczenia mu tak cudnych łaszków, że Jacyków wysiada. Materia, z której je uszyto, delikatna i zwiewna, charakteryzowała się stuprocentową wręcz przezroczystością. Krótko mówiąc, nie istniała. Siła perswazji blagierów okazała się jednak tak wielka, że cesarz bez wahania wystąpił publicznie w nowej kolekcji. I wyszedł do ludu z gołą rzycią. Dziwne? Nie, bo zanim krawcy skroili panującemu trochę grosza, zaznaczyli, że piękna ich dzieła nie dostrzeże jeno ten, kto jest głupi lub nie nadaje się na swe stanowisko. Więc wszyscy milczeli. Wygadało się dopiero rezolutne pacholę…

Z bioenergoterapią bywa podobnie. Nie dlatego, że sama w sobie jest oszustwem – wiele razy zwyciężyła, gdy medycyna rzekła „pas”. Po prostu często biorą się za nią różnej maści hochsztaplerzy, a my – niczym poddani cesarza – wstydzimy się przyznać, że nic nie czujemy. Dawno temu, z legitymacją Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego, łaziłem na kursy, wykłady i chłonąłem metafizyczny klimat. Na własne oczy widziałem, jak w tym i owym rodziły się nagle zdolności uzdrawiania, wróżenia, stawiania horoskopów. Najczęściej, rzecz jasna, urojone. Kto wie, czy nie właśnie z tego kręgu wywodzą się telewizyjni tarociści, którzy udzielając teleporad, co chwila pytają: „wiesz o czym mówię?”. Po czym szybko kończą połączenie, nim ktoś zdoła zareagować. Wiadomo, ściema. Na szczęście mają oni jeszcze jedną cenną umiejętność: świetnie bawią. Uzdrowiciele powinni brać z nich przykład. Wszak śmiech to zdrowie.

Poprzedni artykułPlace już otwarte
Następny artykułMiał być czysty zysk
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.