fot. arch.

Prezes Legionowskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego przed powiatowymi radnymi występował już wiele razy. Dlatego gdy zrobił to ostatnio, wiedzieli oni, że nie będzie lał wody. Omówiwszy najważniejsze ubiegłoroczne dokonania ratowników, Krzysztof Jaworski gładko przeszedł, czy raczej przepłynął do ich głównych zmartwień. Kiedy było trzeba, nie zostawiając na winnych suchej nitki.

Co do wspomnianych zmartwień, są one generowane choćby przez działające nad Jeziorem Zegrzyńskim wypożyczalnie kajaków oraz innego sprzętu pływającego. Często niestety znajdującego się w dyskwalifikującym go z punktu widzenia bezpieczeństwa stanie technicznym. – Jeżeli rower wodny po przepłynięciu półtora kilometra na Jeziorze Zegrzyńskim zaczyna tonąć i ludzie znajdują się niespodziewanie w wodzie, to znaczy, że on wypłynął niesprawny – zakomunikował radnym Krzysztof Jaworski. Po czym posłużył się przykładem z… wody wziętym. – Osoba znajdująca się na rowerze wodnym, ważąca bardzo dużo – powiedzmy 130 kg, potężny pan miał na sobie kamizelkę nie ratunkową, lecz asekuracyjną, której wyporność wynosi około 70-80 kg i na moich oczach ten pan w wyniku tonięcia roweru wodnego znalazł się wodzie. Ta kamizelka, mówiąc krótko, nic mu nie dała, a pan niestety nie potrafił pływać. Całe szczęście, że byliśmy bardzo blisko. A zdarza się też tak, że te rowery wodne są zbyt małe do obciążenia.

Wiele pracy przysparzają ratownikom także pływające po zalewie żaglówki. Po części z powodu kiepskich umiejętności tych, którzy chętnie je wypożyczają. – Zdarzają się takie przypadki, że łódź żaglowa po wywróceniu się tonie. Łódź, którą wypożycza się w wypożyczalni ludziom, którzy z reguły są mało doświadczonymi żeglarzami. Mającym, powiedzmy, jakieś tam uprawnienia sternika upoważniające ich do prowadzenia tej łodzi. Po wywrotce, a łódź żaglowa zawsze ma prawo się wywrócić, ona po prostu tonie, nie dając w ogóle załodze szansy na dodanie pływalności, żeby jej członkowie mogli utrzymać się na powierzchni wody – dodał szef Legionowskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Kiedy już dojdzie do jakiegoś wypadku, najczęściej po pomoc dzwonią jego świadkowie. Kłopot w tym, że z reguły ani oni, ani sami pokrzywdzeni nie wiedzą, gdzie się znajdują. W sytuacji, gdy ważna jest każda sekunda i minuta, ten stan rzeczy należałoby zmienić. Tak samo zresztą, jak „zalewowe” zwyczaje wielu nadzalewowych biwakowiczów. – Moja sugestia, prośba do państwa jest taka, że może dałoby się coś wymyślić. Powiem szczerze, ja nie mam gotowego pomysłu, w jaki sposób. Może postawić jakieś tablice informacyjne, żeby ci ludzie bardziej orientowali się, gdzie są? – zasugerował ratownik. Po czym przeszedł do podsumowania swego treściwego wystąpienia. – Na koniec podkreśliłem i napisałem czerwonymi literami: alkohol. Ja jestem duży chłopiec i wiem, że tego nie wyeliminujemy. Natomiast niestety to jest główna przyczyna zdarzeń na wodzie i główna przyczyna utonięć. Mam teraz przed oczami wszystkie przypadki osób, które straciły życie w roku ubiegłym. I tak naprawdę – oprócz jednego młodego chłopca, który zginął przy plaży w Nieporęcie, poza strzeżonym kąpieliskiem – to wszystkie przypadki niosły ze sobą alkohol.

Warto mieć to w pamięci i przyjeżdżać nad wodę bez „środków dopingujących”. Nie tylko dla własnego komfortu oraz bezpieczeństwa. WOPR-owcy i tak mają dużo pracy.

Poprzedni artykułPomysł na Zegrze
Następny artykułJedna godzina, dwóch pijaków
Waldek Siwczyński
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 49-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.