Karol Dyttus, beatboxer z Wieliszewa, jest dobrym przykładem tego, do czego w muzycznym biznesie może doprowadzić ciężka praca. Jemu umożliwiła ona i zdobycie tytułu mistrza Polski, i uznania dla jego nietuzinkowych umiejętności. Od kilku lat „Carlo” dzieli się nimi z dziećmi oraz młodzieżą, prowadząc dla nich warsztaty. Podczas ostatnich ferii, pod hasłem „Beatbox i produkcja muzyczna”, odbywały się one w legionowskiej „trójce”.

Kiedy rozeszła się wieść o błyskawicznym kursie beatboxu, organizatorzy szybko zapełnili listę uczestników. Dla samego prowadzącego to żadna niespodzianka – młodych ludzi po prostu jego artystyczny fach ciekawi. – W tym roku pierwszy raz, bo już we współpracy z urzędem miasta i MOK-iem robiłem warsztaty na terenie Legionowa, postanowiłem zrobić coś nowego. Przez 10 lat, czyli odkąd pracuję w przemyśle muzycznym, cały czas poszerzam swoje horyzonty i pomyślałem, że będzie fajnie pokazać dzieciakom, jakie beatbox ma w nim zastosowanie. On wprawdzie jest niszowy, ale coraz bardziej idzie w stronę muzyki. Na początek zaczynamy mówić o podstawach, jakichś akordach, klawiaturze, a później dzieciaki będą sobie robiły własne beatboxowe i muzyczne aranżacje – opowiada wieliszewski beatboxer.

Skoro kolejny raz ta propozycja na spędzenie wolnego czasu spotkała się z dużym zainteresowaniem, Karol Dyttus nie musiał specjalnie walczyć o zaskarbienie sobie uznania uczniów. Inna sprawa, że jako doświadczony prowadzący każdy kurs stara się zaczynać z wysokiego „c”. – W pierwszej kolejności zawsze robię mały popisowy show, bo jeżeli nie ma się u uczniów autorytetu, to trudno później skupić na sobie jakąkolwiek ich uwagę. Więc robię ten show i później dzieciaki są już moje. Od pięciu lat grywam też na ulicach, przeprowadziłem także wiele warsztatów i wiem, jak „działają” odbiorcy. Dlatego robię takie efekty, że dzieci są zaskoczone, robią wielkie „łał”, a później nawet zostają po zajęciach i mówią, że fajnie, że takie coś się dzieje.

Dużą zaletą zabawy w wydawanie z siebie dźwięków jest to, że ćwiczyć można właściwie wszędzie. Można, a nawet trzeba, bo bez tego daleko w branży się nie zajdzie. Nie tylko zresztą w tej muzycznej. – Beatbox wymaga cierpliwości. To nie jest tak, że po dwóch zajęciach wszystko wychodzi. Tym bardziej, kiedy ja pokazuję swój level, jaki osiągnąłem po dziesięciu latach. I zawsze im powtarzam: „Spokojnie, ja robię to po dziesięciu latach, a wy po tygodniu będziecie na takim poziomie, na jakim ja byłem po trzech miesiącach. Bo ja byłem samoukiem”. Tak więc proces tego wdrażania się jest dość wolny, ale później dochodzą jeszcze maszyny, klawiatura, stacje itd. To powoduje, że dzieciaki się uczą, no i spędzają dobrze czas. A to jest najważniejsze – uważa Karol.

Liczy się również fakt, że tego rodzaju warsztaty mogą być czasem początkiem nowej życiowej drogi. Może nawet takiej, jaką pokonał 26-letni artysta, by stać się gwiazdą beatboxu i cenionym współpracownikiem wielu gwiazd. – Kiedyś chciałem „beatboxu w beatboxie” robić na zajęciach sto procent. A teraz jest on jakby podstawą, ale chodzi też o to, aby spędzić dobrze czas. Dzisiaj, wiadomo, dzieciaki mają telefony i inne elektroniczne urządzenia, ale kiedy tutaj bawią się na maszynach do muzyki, każdy z ich zaczyna czuć się trochę jak didżej, producent muzyczny, czy gwiazda, którą obserwują w internecie. Ja im pomagam, później to wszystko zapisuję, no i jest pięknie – podsumowuje Karol Dyttus. Krótko mówiąc, wszystko gra!

Poprzedni artykułCentrum w centrum uwagi
Następny artykułZderzenie na poboczu
Trudno powiedzieć, czy to wpływ zodiakalnego Koziorożca, ale lubi czasem nabić kogoś na medialne rogi. Starając się przy tym, a to coraz rzadsze zjawisko, nie nabijać w butelkę czytelników. 50-letni chłopiec starannie skrywający swe emocje. Głównie pozytywne. Posiadacz wielu cech, które dyskwalifikują go jako wzór dziennikarza. Mimo to od ponad dekady dzielnie trwa na legionowskim posterunku.