O otwarciu w Muzeum Historycznym wystawy „Gwiazda Polski – balonem do stratosfery” już na naszych łamach pisaliśmy. Warto jednak poświęcić więcej miejsca jej głównej, nomen omen, gwieździe. Losy tego statku powietrznego to z pewnością materiał na ciekawy, trzymający w napięciu film. Szkoda tylko, że bez szczęśliwego zakończenia.

Skąd w ogóle wzięły się plany ustanowienia przez Polaków aeronautycznego rekordu świata? Cóż, jak to zwykle bywa, z ludzkiej ambicji, ciekawości i chęci zapisania się na kartach historii. Dobrze udokumentowane dzieje krajowego baloniarstwa dowodzą, że marzenia o wzbiciu się balonem na pułap ponad 30 km nie były mrzonką. – Tu, w Legionowie, już od 1933 roku startowały loty balonowe do stratosfery. Nasi baloniarze docierali do progu stratosfery, na wysokość około 10 tysięcy metrów. W tym samym czasie miejscowe zakłady balonowe oraz baloniarze z Legionowa stali się słynni na świecie ze względu na trzykrotne zwycięstwo w zawodach o Puchar Gordona Bennetta – przypomina Rafał Degiel z Muzeum Historycznego w Legionowie.

Kto wie, czy Polacy porwaliby się jednak na rekordowy wyczyn, gdyby nie szwajcarski badacz i wynalazca Auguste Picard, który w 1935 roku zaczął przygotowywać własny lot do stratosfery. W tym celu rozesłał zapytania do największych światowych firm produkujących powłoki balonowe. Kiedy te mu odpowiedziały, oferty z Anglii, Francji i Stanów Zjednoczonych uznał za niezadowalające. Jego zdaniem najbardziej „odlotowa” była ta legionowska. – Dlatego w 1935 roku Picard zjawił się tutaj, spotkał się pracownikami wojskowej Wytwórni Balonów i Spadochronów w Legionowie, po czym powstała wstępna koncepcja lotu i projekt balonu. Koszt lotu oceniono na mniej więcej 400 tys. zł. Uczony miał powrócić do Legionowa już po uzyskaniu tej kwoty – mówi historyk. Kłopot w tym, że potrzebnych środków naukowiec nie zdobył. Poczyniwszy wstępne przygotowania, ochoty na rekordowo wysoki lot nabrali natomiast Polacy. Za zebrane wśród rodaków pieniądze w 1938 roku udało się dopiąć wszystko na ostatni guzik. – Od strony technicznej najważniejsze były dwa elementy: powłoka, którą przez kilka miesięcy szyto w Legionowie z nowoczesnego, bardzo lekkiego jedwabiu, dla wzmocnienia gumowanego specjalnymi technikami. Specjalna kapsuła dla pilotów, również będąca niezbędnym elementem tej wyprawy, powstała zaś w warszawskich zakładach Motolux.

Co ciekawe, kilka dni wcześniej ukazała się poświęcona jej książka Stanisława Mazurka, zaangażowanego w projekt kierownika zakładów w Legionowie. Od strony marketingowej, jak by dziś powiedziano, wojskowi i naukowcy byli więc gotowi. Start miał nastąpić 13 października w Dolinie Chochołowskiej. Ponieważ z USA nie dotarł zamówiony hel, zdecydowano się napełnić balon cięższym i łatwopalnym wodorem. Niestety, okazało się to decydujące dla powodzenia tej ambitnej misji. – W trakcie napełniania powłoki wodorem zerwał się wiatr halny. Stwarzało to duże niebezpieczeństwo dla lotu i zdecydowano się wypompować gaz. W trakcie tej czynności doszło do samozapłonu, w wyniku którego spłonęła górna część powłoki. Na szczęście balon był ubezpieczony i dzięki temu można było go zrekonstruować. Kolejna datę lotu wyznaczono na wrzesień 1939 roku – kończy Rafał Degiel. Tyle że wtedy piloci walczyli już nie o rekordy, lecz o życie…

Po wybuchu wojny szyta przez kilka miesięcy powłoka wysokiego na 120 metrów balonu jednak się przydała. Zwęszywszy ją w magazynie na warszawskim Żoliborzu, pomysłowi rodacy szyli z niej trwałe płaszcze przeciwdeszczowe. Tego wszystkiego i znacznie więcej można dowiedzieć się, oglądając legionowską wystawę – o historii lotu, do którego nigdy nie doszło.