| Napisany przez Gadget, z 19-01-2012 00:00 |
Trudna dola gminnego żurnalisty, czyli cenzura po wieliszewsku
Z jednej strony dla dziennikarzy/urzędników piszących w Gazecie Wieliszewskiej miniony rok był udany – ich pismo polepsza szatę graficzną, zyskuje na treści i…wciąż się ukazuje. Z drugiej, w jego końcówce pracowali mając za plecami grasujące po redakcji, wysłane np. przez NIK, „chochliki”. Błędów się one jednak, co ważne, nie doszukały.
Bezpłatnej, wychodzącej w 3,5 tys. egzemplarzy, gazety gminy Wieliszew (następczyni uboższego objętościowo i merytorycznie czasopisma Nasza Gmina) prawa rynku nie dotyczą. Nie jest ona bowiem finansowana z reklam (występują, ale w śladowych ilościach), ani dochodów ze sprzedaży, lecz bezpośrednio – wydanie jednego numeru to koszt około 3 tys. zł – z budżetu gminy. To zaleta gwarantująca komfort pracy, ale zarazem słaby punkt pozwalający przeciwnikom zamieszczanych w piśmie treści zarzucać ich autorom programową uległość wobec „sponsora”. Wieliszewskiego miesięcznika również to nie ominęło. Przy okazji ostatnich wyborów samorządowych jeden z kandydatów na wójta, obecny członek rady gminy Edwin Zezoń, miał, mówiąc łagodnie, zastrzeżenia dotyczące bezstronności „GW” w przybliżaniu mieszkańcom ludzi ubiegających się o to stanowisko. W jednym z numerów Informatora Stowarzyszenia Etyka i Prawo (jego prezesem jest E. Zezoń – red.) ukazał się nawet dotyczący tej kwestii tekst autorstwa Justyny Michniewicz, opatrzony znamiennym tytułem „Prywatny folwark w Gazecie Wieliszewskiej”. Wtedy, po owym artykule i obszernej odpowiedzi na zawarte w nim zarzuty udzielonej przez redaktora naczelnego „GW” Mariusza Kraszewskiego, mogło się wydawać, że sprawa ucichnie wraz z policzeniem wyborczych głosów. Tymczasem stało się inaczej.
Pod koniec ubiegłego roku skromne progi gminnego miesięcznika (i referatu promocji zarazem) z podziwu godną konsekwencją odwiedzali kontrolerzy z branżowych, samorządowych oraz państwowych instytucji. Skrupulatnie sprawdzali zarówno prawidłowość wydatkowania funduszy publicznych, jak i kompetencje dziennikarzy i stopień współpracy pisma z mieszkańcami. Prześwietlili także różne aspekty działalności „GW” pod kątem zgodności z przepisami prawa. Skąd wzięło się to, na poły cenzorskie, pospolite ruszenie, w większości przypadków można jedynie – pomijając przeprowadzoną w grudniu, a stanowiącą reakcję na padające podczas sesji zarzuty, pozytywnie zakończoną kontrolę komisji rewizyjnej wieliszewskiej rady gminy – domniemywać. Pewne jest tylko to, że żadna z instytucji sprawdzających Gazetę Wieliszewską, włącznie z Najwyższą Izbą Kontroli, właściwie nie miała uwag (poza sugestią wdrożenia jednego działania, które zresztą urzędnicy możliwie najszybciej uruchomili – red.) do pracy redakcji i gminnego referatu promocji. Można nawet odnieść wrażenie, że wręcz przeciwnie. A to za sprawą czegoś, co w pismach tej instytucji nie zdarza sie pewnie często – pochwały. W końcowym raporcie NIK-u znalazło się między innymi takie oto stwierdzenie: „Gazeta jest wizytówką Gminy (zawartość merytoryczna, atrakcyjna szata graficzna, profesjonalny format). Gazeta bez ingerowania w treść udostępnia swoje łamy wszystkim mieszkańcom chcącym wyrazić swoją opinię”. Możliwości są, tak na oko, trzy: albo gminne pismo jest w porządku, albo ewentualne nieprawidłowości udało się jego pracownikom ukryć, albo też należy… skontrolować NIK.
|
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|