Jak wszystko, co dobre, także Legionowski Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej musiał się kiedyś skończyć. Z zaproszenia na jego szósty koncert skorzystała rosyjska organistka Natalia Baginskaya oraz znakomity, często nagradzany wiolonczelista Marcin Zdunik. Brakiem wielu prób, szczególnie w kontekście wspólnego wykonania trudnego utworu Sofii Gubaiduliny, artysta się nie przejmował. I miał ku temu powody.  
    – Współpraca z tak doskonałymi, rasowymi muzykami jak pani Baginskaya, powoduje, że nie ma konieczności zgrywania każdego detalu, bo intuicja muzyczna i doświadczenie sceniczne rozwiązują większość takich problemów. Więc tak naprawdę jest to duża radość wynikająca ze wspólnego muzykowania – mówi Marcin Zdunik. Zanim ono jednak nastąpiło, legionowski instrument przetestowała organowa profesorka ze Wschodu.

Już po pierwszych dźwiękach było słychać, że rosyjska szkoła gry na organach wciąż ma się znakomicie. Świetna technika i niemal fortepianowa artykulacja pozwalały artystce precyzyjnie przekazać idee autorów kompozycji.   
    Podobnie jak przed tygodniem, tym razem w repertuarze koncertu także znalazła się muzyka współczesna. Mimo obaw szefa festiwalu, eksperyment chyba więc się powiódł. – Publiczność po prostu coraz bardziej uczy się, coraz bardziej oswaja z tą muzyką. I w związku z tym coraz bardziej ją lubi – zauważa Wojciech Włodarczyk, konferansjer festiwalu. Przepada również za instrumentalną wirtuozerią. Korzystając z II Suity mistrza Jana Sebastiana, Marcin Zdunik uraczył legionowian tym, co wiolonczela ma najlepszego. – Może posiąść niemal wszystkie walory, które posiadają skrzypce, mając jednocześnie dużo większą gamę barw. Powoduje to, że gdy gramy na niej w sposób wirtuozowski, staje się instrumentem uniwersalnym, mogącym grać pięknie i śpiewnie, bądź imitować wiele innych instrumentów.  
    Imitować nie da się jedynie zainteresowania publiczności. W Legionowie akurat nie trzeba. – To niewątpliwie wydarzenie z kategorii sztuki wyższej, cieszące się przyzwoitą frekwencją na koncertach. Ten fakt oraz konsekwencja w realizacji wskazują na to, że takie wydarzenia artystyczne powinny funkcjonować na terenie miasta – uważa Andrzej Sobierajski, dyr. Miejskiego Ośrodka Kultury. – Bardzo istotne jest to, że Jan Bokszczanin właściwie dobiera i wykonawców, i repertuar. Jest on różnorodny, bo w tym roku był i flecista jazzowy, i orkiestra kameralna, była muzyka współczesna i kwartet smyczkowy. Ludzie chcą tego słuchać, głosują nogami – przychodzą – podkreśla Włodarczyk. I co ważne, nie wychodzą z kościoła Świętego Ducha zawiedzeni. Co zresztą, biorąc pod uwagę klasę zapraszanych artystów, wcale nie dziwi. Gdy jednak zestawi się to z wynoszącym zaledwie 40 tys. zł budżetem festiwalu, można już mówić o cudzie. Przynajmniej organizacyjnym.