Sądząc po medialnych echach parasukcesu naszych olimpijczyków, dla całej rzeszy rodaków brak okazji do regularnego nucenia słów kultowego evergreenu „Ten krążek, złoty krążek…” stał się przyczyną życiowej deprechy. Pytam się więc, niczym kreskówkowy zombik Czesio: dlaczemu? Co się takiego stało, że słowo „medal” gościło na ustach przeróżnych znawców częściej niż pojęcia takie jak „kryzys”, „afera”, o „Katarzynie W.” nie wspominając? Bo choć zakrawa to pewnie na bluźnierstwo, według wyżej sfotografowanego nie wydarzyło się absolutnie nic.

    Czy klasyczny, kanapowy fan sportu, ba, nawet zatwardziały kibol zastanawiał się kiedyś, po kiego mu świadomość, że obcy dla niego, widywani jeno w telewizji ludzie przywiozą do swych chałup szlachetno-metalowe krążki? Pierwsze moje podejrzenie padło na kompensację zardzewiałych marzeń o karierze sportowej; w myśl starej, greckiej maksymy „nie chciało się nosić tyczki, trzeba liczyć na cudze wyniczki”. Drugie, na dość wąsko pojmowany patriotyzm. Tyle że w ogóle mnie to nie przekonuje. Bo skoro już mowa o miłości do ojczyzny, trzeba – tak jak między dwojgiem ludzi – o nią dbać, a nie liczyć (na) spadające z ekranu medalowe ochłapy. Pół biedy, jeśli zaszaleje nasz ciężarowiec lub zapaśnik – wtedy czujemy się silni, tak jak byśmy sami dali tym zagraniczniakom w mordę. Ale wątły koleś na desce z żaglem…?!  
    Prawie 100 milionów złociszy, które wydaliśmy na zapewnienie dziesięciu herosom znad Wisły sportowej emerytury, to kawał grosza. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość, że innym za mniej udało się zdobyć więcej. Z drugiej strony, sport – wraz z polityką czy podglądaniem tego, co dzieje się w celebryckich alkowach – stanowi źródło taniej(?), dostępnej dla każdego rozrywki. Od zawsze (patrz: rzymskie igrzyska) był niczym cudowna woń z „Pachnidła” – chwilowo oszałamiał i pozwalał odwrócić uwagę od spraw ważniejszych, skrzętnie przez władców zamiatanych pod zdobiony triumfami dywan. I ruszać tego sportus quo nie ma chyba sensu. Warto natomiast zadbać o formę polskiego sportu: ilość zamienić w jakość, zapyziałych niedziałaczy w operatywnych, władających językami światowców, a rosnącą masę napęczniałych od piwa i czipsów kibiców przerobić na masowy sport. Masa radochy gwarantowana.