| Napisany przez WS, z 15-12-2011 00:00 |
Podobnie jak dzieje się to w trakcie prawdziwych porodów, również „przyjście na świat” wykwalifikowanych asystentów dziecka niepełnosprawnego okupione było momentami dydaktycznym bólem. Ale tylko na początku. Z biegiem czasu w Łajskach nauczono się, jak kształcić ich fachowo, skutecznie i… bezboleśnie.
Ktoś kiedyś trafnie zauważył, że wszystko jest trudne zanim stanie się proste. Dla ludzi ze Szkoły Podstawowej im. St. Moniuszki i związanego z nią nie tylko terytorialnie Stowarzyszenia „Aktywni dla Łajsk” pierwsze próby wprowadzania edukacji włączającej także nie były łatwe. W odróżnieniu od gier losowych, tu na szczęście początkującego lepiej nie liczyć. – Najpierw sami się wszystkiego uczyliśmy. Ja byłam tym pierwszym asystentem. To było połączenie takiej niesamowitej wiedzy rodzica, który nie jest przecież przygotowany na przyjście dziecka niepełnosprawnego, z wiedzą pedagogiczną. Przeszłam tę drogę najpierw jako matka. Nie mając zielonego pojęcia, co to jest autyzm, musiałam sprostać wychowaniu dwójki takich wyjątkowych dzieci – wspomina Justyna Niegierysz. Szybko stało się jasne, że stąpając po dziewiczym w naszym kraju gruncie edukacji włączającej, warto skorzystać z pomocy tych, którym ona ma służyć. Ba, inaczej zwyczajnie się nie da. – Tak naprawdę programy dostosowujemy do możliwości naszych dzieci: i tych wybitnie utalentowanych – także ze „specjalnymi” potrzebami edukacyjnymi, i tych z dysfunkcjami. Naszym sukcesem jest to, że zdobyliśmy już wiedzę pozwalającą nam nadążać za uczniami. Bo to tak wygląda, że my uczymy się wszystkiego od naszych dzieci – dodaje nauczycielka.
Paradoksalnie, w kształceniu asystentów – dzięki współfinansowanemu ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego projektowi „Asystent dziecka niepełnosprawnego” – przeszkodą byli niekiedy sami… asystenci. A właściwie ich ciągła obecność w trakcie zwyczajnych szkolnych zajęć. – Fakt, że asystent jest wraz z nauczycielem na lekcji, powoduje według mnie pewnego rodzaju lęk i strach. Najczęściej nie lubimy być obserwowani. Ale nasi asystenci szkoleni są we właściwy sposób; wiedzą, że ten zawód jest misyjny. Nie mogą sobie pozwolić na ocenianie, plotkowanie, tylko muszą zajmować się konkretną pracą z dzieckiem – mówi dyrektor szkoły Marek Tarwacki. I tak rzeczywiście się dzieje. Czy to w macierzystej placówce, czy też w szkołach w Chotomowie i Legionowie, kształceni w Łajskach asystenci dali się poznać jako profesjonalni, oddani swojej pracy specjaliści. Bez względu na wiek i wcześniejsze doświadczenia zawodowe. – Tu nauczyciele uczą się od uczniów, uczniowie od nauczycieli. Tworzymy razem jedną, wielką rodzinę – zapewnia Tomek Kazberuk, jeden z beneficjentów projektu, który zdobył dzięki niemu i nowe umiejętności, i stałą pracę.
W sytuacji, gdy walka o upowszechnienie edukacji włączającej oraz uczynienie z asystenta dziecka niepełnosprawnego pełnoprawnego zawodu wciąż jeszcze nie jest wygrana, profesjonalizm uczestników łajskiego projektu jest szczególnie istotny. Są w końcu jego wizytówką. Już teraz nie ulega wątpliwości, że można ją wręczyć każdemu, komu leży na sercu edukacja dzieci z dysfunkcjami. – Oni bardzo dużo wnoszą do życia każdej placówki, w której się pojawiają. Dzieje się tak, bo są to osoby nowe, z nową wiedzą, nowym podejściem i doświadczeniem – uważa autorka projektu Anna Choma. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że warto na trwałe zasilić nimi krajowy system oświatowy…?
|
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|