Pierwsza „dżemborka” (a 35. w ogóle) zagrała w Legionowie w 1991 roku, w dniu urodzin ówczesnego szefa Miejskiego Ośrodka Kultury. Ale nie tylko osobisty sentyment zadecydował o tym, że postanowił on pociągnąć za polityczne sznurki i z powrotem ściągnąć do miasta ten festiwal. – Tak, brały w tym również udział jakieś siły z Wiejskiej, które strasznie kochały jazz w Legionowie. Delikatne sugestie tam na górze, w Polskim Stowarzyszeniu Jazzowym, i u przyjaciół z MOK-u, jak widać, pomogły. Róbmy ten jazz, kontynuujmy to, bo mamy wielkie tradycje. Nie można zostawić go na boku – uważa poseł Zenon Durka. Nie on jeden. – Mieszkacie państwo w wyjątkowym mieście, bo Jazz Jamboree nie ma edycji gdzie indziej, a jest to jeden z największych festiwali w Europie. Gratuluje wszystkim, gdyż to zupełnie wyjątkowa historia – mówił ze sceny prezes PSJ Krzysztof Sadowski.

Zupełnie wyjątkowy był też recital Krystyny Prońko. Artystka, o czym nie każdy miłośnik jej piosenek wie, flirt z jazzem nawiązała już na początku kariery. Flirt, który z różnym natężeniem trwa aż do dzisiaj. – Jest mi niezmiernie miło, że Jazz Jamboree się dla mnie „odpamiętało”, ponieważ kiedyś brałam w nim udział. Na przykład z big bandem Akademii Muzycznej w Katowicach, śpiewając jakieś ciężkie, jazzowe kawałki. Ale dzisiaj będzie bardzo rozrywkowo – śmieje się Krystyna Prońko. Co wcale nie znaczy, że bez właściwej muzyce jazzowej szczypty improwizacji. – Nie da się tego rozdzielić, zresztą po co? W zależności od sytuacji i zapotrzebowania słuchaczy, staram się do nich dostosowywać i repertuarowo, i nastrojowo.
Sądząc z żywiołowej reakcji publiczności, tego wieczoru muzyczne proporcje wokalistka dobrała znakomicie. Brawa rozbrzmiewające już po pierwszych taktach wielu piosenek, świadczyły o tym aż nadto wymownie. Co ważne, nie były na wyrost. Do Legionowa Krystyna Prońko przyjechała w świetnej formie wokalnej. Akompaniujący jej muzycy to w większości młodzi ludzie, wśród których rej wodził jednak sceniczny wyjadacz – szalejący za organami Hammonda Paweł Serafiński. Artystyczna drużyna juniorów, zwłaszcza w wydaniu obsługującej bas i gitarę płci pięknej, musi jeszcze trochę poćwiczyć. – Bo okazuje się, że ucząc się tego repertuaru, miewają chwilami pewne problemy. Gdy się nauczą, to one znikają, ale widać lepiej się tych piosenek słucha niż je gra – mówi Krystyna Prońko. Na szczęście generalnie w sobotę wszystko grało, jak należy. Kolejny raz potwierdziło się, że mądre teksty, dobre kompozycje i ciekawe aranżacje są jak wino – nawet po latach smakują wyśmienicie.