Do tej pory, niezależnie od kaprysów aury, ludzie, którzy zdecydowali się osiedlić w tej części miejscowości Łajski, mieli hydrologiczny spokój. Fundamenty budynków dzielnie znosiły nawet największe burze czy wiosenne roztopy. – Jesienią ubiegłego roku zaczęto tu i na sąsiednich ulicach budować kanalizację. Wodę, która przeszkadzała wykonawcom, a która pojawiała się, bo kopiąc głęboko, wchodzili w ziemię, wypompowywali do kanału – mówi Henryk Kapp, mieszkaniec ul. Przylesie. Problem w tym, że za sprawą znajdujących się tam śmieci i zanieczyszczeń jest on właściwie niedrożny. Zdaniem mieszkańców to właśnie sprawia, że gromadząca się woda podmywa później, niekiedy do wysokości kilkudziesięciu centymetrów, ich działki i piwnice. Sytuacja jest na tyle poważna, że bez natychmiastowego podjęcia zdecydowanych działań wiele budynków znalazłoby się w nie lada opałach. Każdy robi, co może. Niezależnie od prowizorycznego osuszania ścian popularną „farelką” pan Henryk wybudował w garażu przypominający studnię zbiornik, w którym zbiera się napływająca na jego działkę woda. Później, przy pomocy podłączonej do niego pompy, ciecz wędruje na działkę. I tak wiele razy na dobę. Póki co, on i jego sąsiedzi na znaczącą pomoc z zewnątrz liczyć raczej nie mogą. – Kiedy byliśmy u wójta, powiedział, że może nam pomóc tylko doraźnie, wysyłając na miejsce straż pożarną. Natomiast na dłuższą metę, zwłaszcza na prace przy kanale, nie ma on funduszy – dodaje mężczyzna.

Poza tym sprawą powinien się zająć nie samorząd, lecz powołane do tego instytucje. Przede wszystkim Mazowiecki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych. Ani starania wójta, ani list mieszkańców skierowany do marszałka województwa nikogo do działań nie skłoniły. Ale jest jeszcze druga strona medalu. Według Pawła Kownackiego wodą na młyn podtopień jest nie tylko kanał bródnowski, a już na pewno nie budowa kanalizacji. – Kilka powodzi jedna po drugiej, które zdarzyły się w ostatnich latach, i położenie gminy między Wisłą i Narwią sprawiają, że jesteśmy jak gdyby na poduszce wodnej. Samo uprzątnięcie kanału nie załatwi problemu. Musimy sprawić, aby zaczął działać pod względem melioracyjnym i wyciągał wodę z gruntu. Aby tak się stało, powinien on płynąć, głównie dzięki wybudowaniu na Białołęce przepompowni. Stąd oficjalne pisma: moje, starosty i wójta gminy Nieporęt, po to, aby ktoś zajął się kanałem bródnowskim – mówi szef wieliszewskiego samorządu. Gwoli ścisłości należy przypomnieć, że swego czasu wiele osób chciało zbliżyć się do niego bardziej, niż pozwalały na to przepisy. I ówczesne władze gminy Wieliszew im to umożliwiły. – Niektórzy mieszkańcy postulowali zmniejszenie strefy oddziaływania kanału z 50 do 20 metrów. I w poprzedniej kadencji w niektórych planach została ona zmniejszona – dodaje wójt Kownacki.
Możliwych przyczyn kłopotów mieszkańców ulicy Przylesie jest więc co najmniej kilka. Która z nich jest decydująca, a przede wszystkim, kiedy zostanie usunięta, na razie nie wiadomo. Na przykładzie Jabłonny widać jedynie, że teoria o wodach gruntowych nie zawsze wygrywa w starciu z praktyką. A przynajmniej miewa z tym pewne problemy.