| Napisany przez Waldek Siwczyński, z 11-02-2010 00:00 |
ZZ Top po legionowsku, czyli
Podwaliny przyszłego sukcesu chłopaki z kapeli Recycler oparli na solidnych, amerykańskich fundamentach swych starszych kolegów spod znaku ZZ Top. Jak nie dało się nie usłyszeć podczas sobotniego koncertu tych pierwszych, teksańskie boogie to całkiem dobry surowiec na próbę budowania własnej muzycznej tożsamości. Nawet jeśli na początku bywa ona ukrywana pod cudzymi riffami.
Istniejący dwa lata warszawsko-legionowski band swoje poczęcie zawdzięcza twórczemu zapłodnieniu w podczas warsztatów muzycznych, prowadzonych w MOK przez znakomitego gitarzystę Waldka Lewandowskiego. Kiedy więc było już z kim grać, należało obrać jakiś repertuarowy kurs. Padło na amerykański Teksas i wywodzące się stamtąd trio ZZ Top. – Doszliśmy do wniosku, że u nas taka muzyka w ogóle nie jest grana, a jeżeli już, to na jakichś niszowych imprezach, czy zlotach motocyklowych. Postanowiliśmy więc grać właśnie w takim stylu, bo to nam się podoba i fajnie się z tym czujemy – mówi Jinx, basista kapeli, która, jak przystało na cover band, przybrała nazwę od jednego z albumów swych idoli – właśnie Recycler. W odróżnieniu od brodatych Amerykanów (po zwyczajowych w takich okolicznościach roszadach kadrowych) Polacy z Mazowsza postanowili występować jako klasyczny rockowy kwintet. Co zresztą, zwłaszcza w warunkach koncertowych, wyszło im na dobre.
Sobotni występ w sali widowiskowej ratusza nie był debiutem Recyclera na tej scenie, z pewnością jednak muzycznie ów debiut przebił. Kilkanaście miesięcy wspólnej pracy dało się usłyszeć. I choć nie uczyniły one jeszcze z chłopaków idealnie naoliwionej rockowej maszyny, na horyzoncie jawią się całkiem fajne perspektywy. Jest już rasowe brzmienie wioseł, nieźle rozumiejąca się sekcja rytmiczna i ryczący wedle najlepszych gillanowskich wzorców wokalista. Po dopracowaniu koncertowej dramaturgii, scenicznej konferansjerki, tudzież wstrzyknięciu w twarze i ciała muzyków ciut emocji może być naprawdę fajnie. Swego rodzaju ból na obliczach w pewien sposób tłumaczą słowa głosu grupy. – Dla nas najtrudniejsza w graniu coverów jest warstwa psychiczna, świadomość bycia jak gdyby gorszym artystą, bo nie robisz czegoś, co chciałbyś robić i co być może potrafisz, lecz jesteś jedynie odtwórcą – mówi Robert Tyc. Na szczęście w Recyclerze doszli do wniosku, że tak wcale być nie musi. W sobotę, w wypełnionej niemal do połowy sali, chłopaki po raz pierwszy zagrali także trzy własne numery. A ponieważ nie uczyniły one wyrwy w dość wyrównanym poziomie koncertu, można przyjąć, że postawienie na własny repertuar to krok w dobrą stronę. Aby być na (ZZ) Topie, oczywiście!
|
Komentarze użytkowników (0)
|
|
|