Apetyty przed koncertem były spore. – Jest niekonwencjonalna i ma taką porywającą osobowość. Chciałabym ją zobaczyć – nie kryje Małgorzata Koper. Na sali pojawili się też, jak choćby Michał Martyński, również nieco mniej fanatyczni fani artystki. – Wprawdzie nie znam jeszcze twórczości Marii Peszek, ale chętnie się zapoznam – mówi. Cóż, występ na żywo jest do tego świetną okazją. Zanim jednak niedzielny spektakl wystartował, legionowska publiczność musiała uzbroić się w cierpliwość. Z przyczyn, których organizatorzy do końca nie rozumieli, gwiazda wyszła na oplecioną taśmą (niczym miejsce zbrodni, wypadku… aha, awarii!) scenę pół godziny później. Ale tak to już, widać, z gwiazdami bywa. – Organizując tę imprezę, uznaliśmy Marię Peszek za artystkę z najwyższej estradowej półki. A jeżeli przy okazji jest kontrowersyjna, to bardzo dobrze – mówi Andrzej Sobierajski, dyr. Miejskiego Ośrodka Kultury w Legionowie.

Ano właśnie: kontrowersyjna. Jak można było oczekiwać, trzon repertuaru Marii Peszek stanowiły piosenki z uznanej przez krytykę i wielu słuchaczy za skandalizującą płyty „Maria Awaria”. Tym samym w warstwie werbalnej koncertu zaroiło się od seksualnych wielo-, a właściwie – bo cóż można powiedzieć np. o „częstochowskim” zestawieniu słów w rodzaju Mietek-napletek? – jednoznaczności. Podkreślały je ponadto, stosowne do tekstów, dość śmiałe zachowanie artystki (patrz: „zgubione” spodnie) i wydawane od czasu do czasu zmysłowe (?) pojękiwania. Skoro już o warstwie wokalnej. Czy Maria Peszek wielką wokalistką jest? Z pewnością nie. Potencjał, który w gardle posiada, wykorzystuje jednak optymalnie. Co więcej, aktorskie wykształcenie i takież geny sprawiają, że jest ona niemal modelowym przykładem tak zwanego zwierzęcia estradowego. Wracając do koncertu, w niedzielę – przy rzetelnym, acz nieporywającym akompaniamencie czwórki instrumentalistów – po scenicznym wybiegu paradowało ono przez godzinę. Później jeszcze tylko dwa zaplanowane bisy (jeden dedykowany… menedżerowi + bodaj najbardziej żywiołowo przyjęty song wieczoru: rockowa przeróbka słynnej dobranockowej piosenki Misia Uszatka) i można było udać się do domu. Raczej bez wielkiego żalu.
Niedzielny koncert pokazał, że córka znanego krakowskiego aktora umie wykorzystać scenę do osiągnięcia ciekawego efektu artystycznego. Pytanie tylko, co z niego zostanie, gdy Maria Peszek przestanie kiedyś epatować publiczność swą siermiężną erotyką? Są tacy, którzy twierdzą, że niewiele. Na napletku i du… e daleko się nie zajedzie. I w rozrywce, i w życiu.