Kolejny koncert z cyklu „Pałacowych spotkań z muzyką” potwierdził, że w przypadku sztuki ilość ma niewiele wspólnego z jakością. Tym razem, nie po raz pierwszy zresztą, w Jabłonnie wystąpił tylko Marcin Rudziński – student piątego roku warszawskiej Akademii Muzycznej. To wystarczyło. Zwłaszcza że w programie znalazły się dwie sonaty autorstwa takich mistrzów jak Mozart i Brahms. Podczas jednego występu artysta postanowił więc zaoferować publiczności koktajl klasyki z romantyzmem; mieszankę tyleż dla niej smaczną, co dla pianisty wymagającą.
– Mozart to w tym przypadku muzyka raczej salonowa; wymagająca biegłości palców i operowania ładną jakością dźwięku, natomiast Brahms tworzył muzykę bardziej symfoniczną, „zamykał” w fortepianie całą orkiestrę. To z kolei wymaga od muzyka umiejętności częstej zmiany artykulacji i rodzaju dźwięku w trakcie jednego utworu – mówi artysta.

Powyższe warunki Marcin Rudziński spełnił. Imponująca biegłość techniczna w połączeniu ze świetną interpretacją dały w efekcie koncert naprawdę znakomity. Pytany o sekret swojego patentu na granie, muzyk nie kryje, że takowy posiada. Zaznacza jednak, że powinno tak być w przypadku każdego instrumentalisty uważającego się za artystę. – Nuty są rodzajem kodu, w którego interpretację, tak jak w przypadku poezji, każdy wkłada cząstkę siebie, swoje rozumienie danego dzieła. Dlatego ten sam utwór w wykonaniu różnych pianistów nigdy nie jest taki sam. I to jest piękne – uważa Rudziński.
Piękne, choć w zupełnie inny sposób, były też prace Piotra Smolnickiego – profesora warszawskiej Akademii Sztuk, jakżeby inaczej, Pięknych. To właśnie jego intrygujące grafiki stały się treścią niedzielnego wernisażu w galerii Oranżeria. I to treścią, która w pełni korespondowała i z naukowym tytułem artysty, i z jego renomą u publiczności. Również tej jabłonowskiej.