| Napisany przez Waldek Siwczyński, z 19-03-2009 00:00 |
O problemach osób takich jak Anna z reguły się nie mówi, one jednak
istnieją. Również i w Legionowie
W terminologii medycznej to transeksualizm albo hermafrodytyzm wewnętrzny; w życiu… cóż, życie bywa bardziej skomplikowane. Tak dla chorego, jak i dla jego otoczenia. Legionowianka Anna Wilczek nie boi się mówić, co czuje kobieta uwięziona w ciele mężczyzny. Nie boi się też okazywać radości z tego, że po wielu latach to więzienie opuściła.
Anka nie wygląda na 41 lat. Około 170 cm wzrostu, drobna budowa ciała, niemal pozbawiona zmarszczek twarz. Anka nie wygląda też na stuprocentową kobietę. Jeszcze nie teraz. Ta sama twarz mówi obserwatorowi, że „coś jest nie tak”, mówi to również – w przenośni i dosłownie – ciepły, ale dość niski głos, podpowiada wreszcie męski ubiór. Taki, w jaki Anka musiała się wbijać przez całe swe życie. To chłopięce i to męskie.
Niechciana płeć
Kłopoty z identyfikacją płciową zaczęły się, gdy mieszkająca w Legionowie od dwunastego roku życia Ania (o męskim imieniu, które wtedy nosiła, chce jak najszybciej zapomnieć) miała zaledwie kilka lat. – Skala zainteresowań zupełnie nieadekwatna do płci. W późniejszych latach szkolnych, mimo ogromnej łatwości zapamiętywania i uczenia się, spowodowało to jej całkowite osamotnienie. Zero fascynacji piłką nożną, za to pełne zainteresowanie zabawami dziewcząt, ale z kolei brak możliwości realizacji. Po prostu koszmar! – mówi Anna. Czas mijał, a potrzeba odnalezienia się w środowisku chłopców nie wystąpiła. Wystąpił natomiast taki przymus. Szansą na doszlusowanie do męskiego świata był sport. – Zaczęło się od judo. Miałam świetne wyniki na warszawskiej Olimpiadzie Młodzieży, później przyszedł czas na zainteresowanie się kinematografią, kręcenie filmów, robienie zdjęć. Po podstawówce pierwszy raz dotarła do mnie informacja o możliwości dostosowania ciała do potrzeb psychicznych. Wtedy jednak nawet pojęcie „seksuologia” było mi obce – wspomina.
Myślenie o zmianie płci zastąpiło coraz mocniejsze zaglębianie się w pozorowaną męskość. Ponad 16 lat profesjonalnych treningów karate i dotarcie do europejskiej czołówki tego sportu, treningi strzeleckie, posiadanie broni, a nawet praca prywatnego detektywa. – Myślę, że było to po prostu podświadome narażanie życia. Byle je stracić – uważa Anka. Ale życie wciąż trwało. Tak jak trwały w niej potrzeba innego wyglądu, zachowania, współżycia czy posiadania dziecka.
Sąd odrobinę nierozsądny
Zmiana płci musi się odbyć w majestacie prawa. Choć brzmi to śmiesznie, szczegółowo zajmuje się ono (ponoć aż w ośmiu paragrafach) nawet męskim napletkiem. Wszystko zaczyna się od rozprawy, po której – o ile wyrok jest korzystny – można rozpocząć (pomijając już zmianę numeru pesel czy aktu urodzenia) chirurgiczne i hormonalne „naprawianie” Pana Boga. U Anki początek był wręcz traumatyczny. – Sędzina krzyczała: „co wyście mi tu przyprowadzili?! Przecież to wygląda jak zwykły facet!” Skończyło się na wielkiej awanturze. Na drugiej rozprawie inna sędzina namawiala mnie, by „nie obcinać”, zażądała ponadto od biegłego, seksuologa Zbigniewa Lwa Starowicza, przeprowadzenia dodatkowych badań. Koniec końców Temida zapaliła Ance zielone światło.
Niestety była to zieleń mocno przybrudzona przez to, co sądowe przepychanki zrobiły z jej, i tak już od lat złymi, stosunkami z rodzicami i krewnymi. O rozprawie oraz jej celu rodzice i brat dowiedzieli się niewiele wcześniej. Co więcej, w świetle prawa ci pierwsi wystąpili w niej nie jako świadkowie, lecz pozwani – jako ludzie, którzy popełnili błąd (!) przy urodzeniu dziecka. Czarę goryczy przelał jeszcze fakt, że trafił do nich również opis dotychczasowych kontaktów seksualnych ich, jak sądzili, syna. Tego było zbyt wiele. W rodzinie nastąpił rozłam, którego nie respektuje zaledwie kilku jej członków.
Przez skalpel do wolności
Podjęta w 2000 r. próba leczenia zakończyła się porażką. Anka trafiła na lekarza, który bardziej niż w interesującej ją specjalności realizował się jako policyjny patolog. – W kontaktach z żywymi był fatalny, nie nadawał się do niczego. Namawiał mnie nawet do rezygnacji z terapii. Później na kilka lat Anka wyjechała za granicę.
Tak naprawdę jej droga do przemiany swego ciała rozpoczęła się przed dwoma laty. Stwierdzone potrójne zaburzenie na tle seksualnym i seria badań – psycholog, psychiatra, tomografia komputerowa, okulista, endokrynolog, a nawet… ginekolog, którego zadaniem było sprawdzenie czy nie nastąpiła nielegalna amputacja jąder – pozwoliły jej wreszcie zacząć realizować swoje marzenie. Pomogła w tym i wciąż pomaga kuracja hormonalna, przeszczep włosów i korekcja uzębienia, laserowa depilacja twarzy, zmiana kształtu kości policzkowych, nosa, liposukcja i wypełnienie ust, modelowanie sylwetki, masaż limfatyczny… Generalnie cała masa, nierzadko bardzo bolesnych (w marcu Anna pozbędzie się jeszcze znienawidzonych przez siebie męskich narządów płciowych) zabiegów, za które w większości płaci sam pacjent.
Płaci zresztą na różne sposoby. Chcąc osiągnąć lepsze efekty leczenia, trzeba zrezygnować z alkoholu i nikotyny; oczyścić organizm, po to, aby żwawiej mogły w nim krążyć żeńskie hormony. Trzeba pogodzić się z tym, że spada waga ciała, siła, obwód bicepsu, zmienia się zapach potu. Rosną też piersi. – Teraz o wiele bardziej doskwierają mi niskie temperatury, inaczej również, na przykład z powodu bardziej wrażliwych sutków, jeździ się autem. Pojawiły się u mnie doznania „miesiączkowe”. Są to wszystko zmiany, które mnie cieszą, ale i wywołują smutek, że nastąpiły tak późno.
Dwie najważniejsze osoby
Byłą partnerką Anki już od kilkunastu lat jest Agnieszka; z zawodu psycholog, a obecnie świadek towarzyszący całej przemianie. Jest jedyną osobą, przed którą Ance udało się otworzyć, od początku wiedziała o wszystkim. Zaakceptowała to. Ze wszystkimi, również tymi najintymniejszymi szczegółami. – Nasze dawne współżycie wspominam jako niesamowite! Moje odczucia zawsze były zupełnie inne niż w przypadku normalnego faceta – mówi Agnieszka. Tkwiący w Ance mężczyzna dał im jednak o sobie znać w tyleż niespodziewany, co najmilszy z możliwych sposób. Dziś ich córka Dominika jest rozsądną 12-letnią dziewczynką, która nie ma problemów z zaakceptowaniem płciowej dwubiegunowości swego biologicznego ojca. Nie ma do tego stopnia, że nie tylko chętnie mówi do niej „Ańcia” (na to imię Anka od zawsze, niemal instynktownie reagowała), ale również chciała przybrać takie jak ona nazwisko – Wilczek. Nawiasem mówiąc, to symboliczne zerwanie z rodziną ma nieprzypadkowy kontekst. Anka od zawsze uwielbiała owczarki niemieckie i mogąc wybrać sobie nowe nazwisko, wybrała właśnie takie.
Na szczęście nie odwrócili się od niej znajomi. Test na płciową akceptację zdali prawie wszyscy. Namawiają ją nawet na napisanie książki o swoich przeżyciach. A tych, pomijając osobiste doznania, jest niemało. Polskie społeczeństwo nadal ma kłopot z właściwym – czyli jak na chorobę – reagowaniem w zetknięciu się z transseksualizmem. Trzesące się ręce legionowskich urzędniczek, zdębiali policjanci z drogówki, kłopoty z wyrobieniem nowych dokumentów, odtrącenie ze strony Kościoła czy odmowa zajęcia się jej historią przez inne legionowskie gazety – to tylko niektóre z przykładów. Gdyby nie najbliżsi, byłoby ciężko. – Po powrocie do domu odpoczywam od wszystkiego: noszenia spodni, konieczności używania męskich dezodorantów, od męskich form fonetycznych. Wiem, że jest po mnie widać niedoskonałość medycyny. To co się teraz ze mną dzieje, sprawia jednak, że w coraz mniejszym stopniu czuję się oszukana przez naturę, rodziców, Boga. Od czterech miesięcy formalnie jestem kobietą. Tylko tyle i aż tyle.
|
Komentarze użytkowników (2)
|
|
|