Zwierzęta nie są agresywne. Ich nietypowy wygląd i zachowanie przyciąga spacerowiczów. – Ludzie do nas przychodzą i czekają, aż one wyjdą z lasu. Często bywa tak, że robią sobie z nimi zdjęcia – opowiada ich opiekun, Marcin Sikorski. I tak jest rzeczywiście. Dzikoświnie (nazwa przyjęta na potrzeby artykułu) w ciągu kilkunastu miesięcy stały się atrakcją turystyczną Michałowa-Reginowa. Regularnie dokarmiane, kochane przez okoliczne dzieciaki, czują się tam jak u siebie w domu. – Każda świnka ma swoje imię, na które reaguje. Traktujemy je jak zwierzęta domowe – tłumaczy Sikorski.

Problem jednak w tym, że nie wszyscy. Jak to w życiu bywa, taka swoista atrakcja jednych cieszy, innych niepokoi.
Na prośbę mieszkańców wsi sprawą zajął się koordynator ds. łowiectwa. Po konsultacji z powiatowym lekarzem weterynarii okazało się, że taki sposób obcowania z, bądź co bądź, dziko żyjącą zwierzyną jest niewłaściwy, a osoby, które ją dokarmiają, powinny zdecydować się na jedno z rozwiązań. Albo więc podejmą się hodowli tej krzyżówki, albo pozwolą jej żerować w lesie i tam żyć. Oczywiście w pierwszym przypadku konieczna będzie budowa odpowiedniej zagrody. Inne pytanie, jakie się nasuwa, dotyczy zdrowia zwierząt i ewentualnego zagrożenia epidemiologicznego dla pozostałej wolno żyjącej zwierzyny.
Sprawa dzikoświń w ciągu kilku najbliższych dni ma trafić na biurko legionowskiego starosty. O tym, jakie dalsze działania zostaną podjęte w tej sprawie, poinformujemy w jednym z następnych numerów Gazety Miejscowej. W tej chwili stado dzikoświń liczy już czternaście sztuk. Za kilka tygodni przybędzie kolejnych kilka sztuk. Maciory, albo jak kto woli lochy, spodziewają się bowiem potomstwa.